ARCHITEKTURA

STRONA GŁÓWNA  /  ARCHITEKTURA  /  ARCHITEKCI  /  O życiu, pracy i marzeniach str. 1

O życiu, pracy i marzeniach

O życiu, pracy i marzeniach

Archiwum Dominika J. Rostocka


Wywiad z architekt Dominiką J. Rostocką.


- Media określają Panią mianem jednego z najwybitniejszych polskich architektów wnętrz. Jak się Pani czuje, czytając takie komplementy? 

To oczywiście bardzo miłe! Ale tak naprawdę ciągle mam wrażenie, że świat jest krok przede mną… (uśmiech). Jestem przekonana, że muszę zrobić jeszcze wiele rzeczy, mam w głowie mnóstwo pomysłów. Zakładam, że komplementy wynikają z oceny tego, co udało mi się dotychczas osiągnąć. Ostatnio wyliczyłam, że w ciągu 15 lat pracy zawodowej wykonałam ponad pół tysiąca projektów wnętrz, z czego prawie 350 zostało zrealizowanych. Cieszę się, że są osoby, które doceniają moją pracę. Dodaje mi to sił i napędza do dalszego działania. Chciałabym, aby projektowane przeze mnie wnętrza i elementy ozdobne były nie tylko ładne czy funkcjonalne, ale też wzbudzały w odbiorcach głębszą refleksję. Stąd chociażby moje wielkie zamiłowanie do wykonywania płaskorzeźb. Marzę o tym, aby ktoś kto je zobaczy, przystanął na chwilę, popatrzył, pomyślał…


 

Założycielka Szkoły, Fundacji, autorka setek realizacji, laureatka konkursów... Nieustannie jest Pani w akcie tworzenia, a z drugiej strony widzę osobę przedsiębiorczą, doskonale zorganizowaną i konsekwentnie dążącą do celu. Jest Pani bardziej uduchowioną artystką czy sprawną bizneswoman?


 

Dysponuję jakimś niespożytym zapasem energii do działania i czuję się szczęśliwa, gdy mam na głowie mnóstwo spraw. Nie potrafię funkcjonować w pustej przestrzeni - nauczyłam się pracować pod presją czasu, w natłoku wydarzeń i w szalonym tempie. Uwielbiam robić wiele rzeczy równolegle. To powoduje, że myśląc o jednej sprawie, dostaję odpowiedzi na pytania zadane wcześniej w zupełnie innym temacie. Nie umiem wytłumaczyć tego procesu, może to jakaś forma wewnętrznego dialogu? Starałam się wielokrotnie uciec od tego szaleńczego tempa, np. nie prowadzić kilkunastu budów jednocześnie. Próbowałam żyć spokojniej, a to na wsi, a to na bezludnej wyspie. Zawsze przeżywałam wtedy rozczarowanie, ponieważ w tej wszechobecnej ciszy nie potrafiłam się skupić. Otwarcie mogę więc powiedzieć, że cisza i spokój nie są dla mnie. Ja, choć postronnym obserwatorom wydaje się to nierealne, uwielbiam działać w chaosie. Może to jest ten specyficzny rodzaj artystycznego uduchowienia? Równocześnie jestem maksymalnie uporządkowana. Zarządzam kilkoma równoległymi przedsięwzięciami i  wszystkie idą do przodu, prowadzę kilkanaście realizacji czy projektów miesięcznie i one również są przeze mnie pomyślnie koordynowane. Rozumiejąc mój indywidualizm, klienci przeważnie oddają mi pewien obszar do samodzielnego działania. Im jest on większy, tym lepszy jest efekt końcowy. Rzeczywiście wychodzi, że nieustannie łączę w sobie dwa światy – uduchowionej, delikatnej artystki ze światem zdecydowanej pani prezes o naturze wojownika. (uśmiech)


 

- Najnowsze przedsięwzięcie to Szkoła Produkcji Wnętrz i Designu. Co Panią skłoniło do jej uruchomienia?

Od kiedy zaczęłam działać samodzielnie, roboty wykończeniowe stały się podstawą moich zainteresowań. Dzięki temu zdobyłam ogromne doświadczenie na wszystkich etapach powstawania wnętrz. Sama nie raz przeżyłam wpadki i porażki. Płacąc za nie jako inwestor zastępczy z własnej kieszeni, nauczyłam się więcej niż w jakiejkolwiek szkole na świecie (uśmiech). Uznałam, że te setki historii, które przeżyłam, nie powinny zostać zmarnowane. Wnioski z nich płynące, postanowiłam więc przekazać młodym projektantom, którzy stoją na początku swojej zawodowej drogi. Dzieląc się z nimi doświadczeniami, kieruję uwagę na ważne procesy i przestrzegam przed błędami. Zbadawszy program, jaki dzisiaj jest realizowany w różnych szkołach, stwierdziłam, że niemal w ogóle nie ma tam wiedzy praktycznej. Nikt nie mówi, jak się wykonuje przyłącza, jak kładzie tapety czy jak konstruuje elementy wyposażenia wnętrz. Poczułam w tym pewną misję do spełnienia i pomimo napiętego harmonogramu znalazłam czas, aby otworzyć Szkołę. Daje mi to wiele satysfakcji! Odkryłam też, że uwielbiam mówić do innych. I cieszę się, że są chętni, aby mnie słuchać.


 

- O byciu architektem marzyła Pani już jako 4-letnie dziecko. Jak to możliwe?

Od najwcześniejszych lat bawiłam się zabawkami, które w większości sama wytwarzałam. Moja przestrzeń życiowa była nieograniczona, a rodzice - bardzo wyrozumiali, nikogo nie dziwiło, że do zabawy ściągałam z okolicy przeróżne znaleziska. Tworzyłam z nich domy na drzewach, fortece, tamy na rzece… Zawsze byłam prowodyrem najdziwniejszych przedsięwzięć, a fantazji już wtedy mi nie brakowało! Bardzo wcześnie zaczęło się też moje zainteresowanie rysunkiem i konstrukcjami przestrzennymi. Kiedy miałam kilka lat w pewnej starej skrzyni odkryłam zakurzone, ale bogato ilustrowane encyklopedie - to było moje pierwsze olśnienie. Gdy tylko mogłam, uciekałam do tego miejsca i godzinami oglądałam niezwykłe ilustracje. Wracałam później do domu i opowiadałam na ich temat niestworzone historie. Babcia cierpliwie słuchała ich godzinami, a później mówiła wszystkim, że jak nic zostanę aktorką. Denerwowałam się wtedy i uparcie twierdziłam: będę architektem! Z tym, że od dziecka chciałam być architektem, wiąże się też kilka zabawnych wspomnień. Jedna z historii miała miejsce w siódmej klasie szkoły podstawowej. Zapytana przez naczyciela, kim chcę zostać w przyszłości, wydeklamowałam: architektem.Widząc mnie śmiertelnie poważną i kompletnie zdziwionego wychowawcę, cała klasa ryknęła śmiechem. Reakcja nie byłaby tak gwałtowna, gdyby nie krążąca o mnie opinia, że jestem największym łobuzem w okolicy. Ostatecznie na studia dostałam się z bardzo wysoką notą, a w trakcie ich trwania szybko dorosłam. Nie miałam czasu na życie akademickie, bo natchniona tym, że mogę tworzyć i projektować, bardzo wcześnie zaczęłam pracować.


 

- Czy o przebiegu Pani kariery zawodowej zadecydowały jakieś autorytety?

Wielki wpływ na to, kim finalnie jestem, mieli rodzice, którzy nigdy nie ograniczali moich fantazji i nie próbowali zawrócić z obranego kierunku. Mimo ich wsparcia, droga na studia była usłana wieloma przeciwnościami losu. Ponieważ jestem urodzoną optymistką, maksymalnie zawziętą i upartą oraz ślepo wierzącą w swój cel, nie zniechęcały mnie żadne porażki. Studia rozpoczęłam więc wbrew trudnościom, a pierwszą osobą, która mnie zafascynowała, był prof. Jacek Kościuk na Wydziale Architektury Politechniki Wrocławskiej, prowadzący zajęcia z historii sztuki i konserwacji zabytków. Kiedy przeniosłam się na Politechnikę Krakowską objawieniem był prof. Wiktor Zin, z którym spotkałam się również podczas nauki na Podyplomowych Studiach Konserwacji Zabytków. Obaj profesorowie bezwzględnie wpłynęli na moje zainteresowanie historią architektury i klasycznym pięknem. Na postrzeganie wnętrz duży wpływ mieli także właściciele włoskich firm, którzy kładą szczególny nacisk na rozwijanie w przestrzeni mieszkalnej ciekawych filozofii np. Francesco Molon czy Leopoldo Cavalli, oraz projektanci pracujący dla Turri we Włoszech oraz Candy&Candy w Londynie.

- A w życiu prywatnym? Kto był Pani przewodnikiem?


 

Zawsze byłam „Zosią Samosią”, która wszystko chciała robić sama. Niewielu

osobom pozwalałam na siebie wpływać, ale zdecydowanie największe wsparcie otrzymywałam od mamy. Wysłuchawszy moich życiowych pomysłów, kiwała głową i mówiła: „Rób dziecko, jak uważasz”. W ten sposób idealni e naprowadzała mnie na moje osobiste wybory. Dużym wsparciem był też dla mnie zawsze mój mąż. Mam też pokaźne grono przyjaciół w Europie i nie tylko, którym jestem szczególnie wdzięczna za to, że wielokrotnie ośmielali mnie do podejmowania nowych wyzwań i eksperymentów artystycznych.


 


 

- Często podkreśla Pani swoje zamiłowanie do detalu. Czy w życiu codziennym też jest Pani taka drobiazgowa, np. lubi sprzątać?

Tak, to prawda, że uwielbiam sprzątać (uśmiech). Gorzej z czasem, którego ciągle mi brakuje. Rzadko więc mam okazję szanse spędzać wolne chwile, robiąc sobie porządki w szafach. Faktem jest jednak, że gdy kończymy realizację jakiegoś wnętrza, biorę do ręki ściereczkę i staram się wszystko własnoręcznie sprawdzić, domyć, przetrzeć. Pod tym względem z pewnością jestem skończoną perfekcjonistką (uśmiech). Ale mówiąc całkiem serio, nie potrafię zrobić żadnego półproduktu, żadnej prowizorki. U mnie wszystko musi być dopracowane, dopieszczone do końca. Jestem pewna, że z pozoru nieistotne detale na koniec okazują się w mojej pracy najważniejszymi rzeczami. Niezwykle mnie te drobne elementy cieszą. Zwłaszcza kiedy wiem, że je dopracowałam i przemyślałam. To one stanowią o jakości projektowanych przeze mnie rzeczy.


 

- Pani zawodowy dorobek to kilkaset realizacji na całym świecie, w tym także w tak egzotycznych miejscach jak Dubai.


 

Bardzo trudno dociera się do pragnień inwestorów z zagranicy, zwłaszcza gdy pochodzą z innego kręgu kulturowego i żyją według innego systemu wartości. Przeważnie współpraca odbywa się poprzez firmy bądź osoby, które kontaktują się z nimi bezpośrednio. Dzięki temu nawet w takich miejscach, jak Pekin, Dubai, Isparta czy Astana, czuję się bezpiecznie. Praca za granicą jest podwójnie podniesioną poprzeczką. Z jednej strony wiąże się z wielką przygodą i o wiele wyższym niż w Polsce wynagrodzeniem, ale z drugiej strony to poznawanie nieznanych zasad i rynków, szukanie wyposażenia w niesprawdzonych firmach, kroczenie po omacku w nowym nieznanym środowisku. Oczywiście uwielbiam takie zlecenia, bo przy nich uczę się jeszcze więcej. Marzę o tym, żeby móc projektować wnętrza w Los Angeles. To takie młodzieńcze pragnienie, które wraca do mnie zawsze wtedy, gdy oglądam amerykańskie domy na filmach o luksusie lat 20-tych XX w.


 

- Podobno wkrótce wyjeżdża Pani do Peru?


 

Tak, to kolejny ciekawy projekt, który z przyjemnością realizuję. Jest inny niż wszystkie, bo znajduje się w głębokiej Puszczy Amazońskiej. Jest też inny, bo powstaje prosto z mojej kartki, na której go szkicuję. Nie muszę robić specjalistycznych dokumentacji, procedur, zatwierdzeń… Tam po prostu się to dzieje na moich oczach. Ta realizacja będzie poniekąd spełnieniem moich dziecięcych zabaw. Hotel i ośrodek, które projektuję, zostaną bowiem umiejscowione w koronach drzew. Konieczność oderwania się od podłoża wynikła z podnoszącego się poziomu wody. Poprzednio byłam w Peru w lipcu ubiegłego roku. Badałam teren, oglądałam możliwości, materiały, diagnozowałam potrzeby. Po raz kolejny polecę tam w marcu, z już gotowym planem działania. Samo spotkanie z  Amazonią było dla mnie dość osobliwym doświadczeniem. Odwiedziłam wiele pięknych miejsc na świecie, wychowywałam się w lesie, ale pierwszy raz w życiu miałam do czynienia z tak silnie oddziałującą przyrodą. Ta masa zieleni i żyjących w niej zwierząt były czymś, co dotychczas znałam z filmów o Amazonii. Stojąc twarzą w twarz z drzewem, które ma 20 mb obwodu, zmieniłam swoje postrzeganie siły przyrody i tego jak ważna jest ona w moim życiu. Spędziłam w Peru kilka tygodni, wróciłam z wielkim wyciszeniem umysłu, ale też z podwójnie rozbudzoną kreatywnością. Zrozumiałam też, dlaczego większość wybitnych i intensywnie pracujących nad własnym rozwojem ludzi, spędza kilka tygodni w roku właśnie w tej okolicy.


 

- Czy podróżowanie to Pani sposób na wypoczynek?

Odwiedziłam już 42 kraje, a każda podróż była pełna obserwacji i refleksji. Za każdym razem wyjazd jest okazją do spojrzenia na sprawy z innej perspektywy. Od lat nie byłam na „normalnych” wakacjach, podczas których leży się nad basenem i czyta ulubioną książkę… Książki czytam w samolocie. Moje prywatne wyjazdy prawie zawsze są wyprawami w nieznane, bez rezerwacji i przygotowań. Przeważnie pakuje się na 40 minut przed odlotem samolotu i nie ma znaczenia, czy ruszam na Hawaje czy do Kazachstanu, gdzie jest -30 st C. Od 20 lat mam tę samą małą walizkę na kółeczkach i bez względu na kierunek podróży czy długość pobytu, potrafię się w nią spakować w siedem minut. Nie rozstaję się z nią nawet podczas lotu, bo po wylądowaniu nie cierpię czekać na bagaż. Podróżując, robię tysiące zdjęć, setki notatek i szkiców. Zawsze wracam z głową pełną nowych pomysłów. Staram się realizowac jak najwięcej z tych wizji.


 

- W jednym z wywiadów powiedziała Pani, że urodziła się z potrzebą klasyki. Co się kryje za tym stwierdzeniem?


 

Od najmłodszych lat zastanawiałam się nad istotą piękna i reguł, których zastosowanie sprawia, że coś jest piękne. Zgłębianie zasad klasycznych podziałów - stworzonych przez starożytną Grecję, a zaraz potem przejętych przez Rzym, a także wszelkie późniejsze formy pielęgnowane przez setki lat w różnych miejscach w Europie – przybliżało mnie do odkrycia, że ukryty w tym przekaz jest za każdym razem kwestią idealnych proporcji. Moja potrzeba klasyki objawia się przede wszystkim tym, że uwielbiam analizować stare przedmioty, historyczne wnętrza i szukam fajnych staroci w antykwariatach. Projektując, również nowoczesne wnętrza, nie zapominam o klasycznych proporcjach. Przez wiele lat pracowałam z włoskimi projektantami. Zauważyłam wtedy, że oni mają to „coś” po prostu we krwi, ja musiałam je w sobie odkrywać. Zajmując się zabytkami, również pielęgnowałam pewną czułość do klasyki. Choć dzisiaj dostrzegam piękne proporcje nie tylko w antyku, ale też kulturach wcześniejszych. Po latach fascynacji tym, co minione, widzę jednak, że powoli rodzi się we mnie potrzeba tworzenia zupełnie nowych form. Coraz chętniej eksperymentuję z kształtami całkowicie nowoczesnymi.


 

- A do jakiej epoki historycznej najchętniej przeniosłaby się Pani w czasie?


 

Uwielbiam Art Deco! W głębi duszy czuję, że na pewno żyłam w tamtych czasach. Słabość do detali i dopracowywanie wszystkiego do perfekcji na pewno pochodzi z tego okresu. Pochylano się wtedy nad najmniejszym skrawkiem budowanego przedmiotu. Drobne elementy wykończenia były wówczas wyrazem nowoczesności i smaku. Prawie każdy miał wyrafinowane proporcje. Mam nadzieję, że doczekam takiego współczesnego okresu w Polsce. Na świecie właśnie się rozpoczął wiek detali, designu i niesamowitych wzorów. Do lat 20. XX w. przeniosłabym się również z powodu kultury towarzyskiej, jaka wtedy panowała na salonach i awangardowego podejścia do życia.


 

- Mieszka Pani we wnętrzach, które sama sobie zaprojektowała?

Wszystkie swoje wnętrza robię sobie sama i przeważnie w nich eksperymentuję. Choć każde z moich mieszkań jest w innym stylu, to  obowiązkowo w każdym projektuję podobne rozwiązania funkcjonalne. Chcę uniknąć w ten sposób dyskomfortu, kiedy raz śpię w jednym, a zaraz potem w drugim domu. Dzięki temu że wszystko jest ułożone tak samo, idealnie czuję się zaraz po przyjeździe. Przeważnie na sobie testuję też wszelkie nowości, dzięki czemu wiem, jak sprawdzają się w praktyce. Kiedy okazują się przydatne, proponuję je swoim klientom. W każdym z domów najbardziej lubię wanny w łazienkach, które są moimi ukochanymi miejscami relaksu. We wnętrzach zmieniam coś na nowe średnio co cztery lata. Staram się wprowadzać inne kolory, inne wzory. Wprowadzenie nowych tapet, zasłon czy oświetlenia zawsze wprawia mnie w optymizm, czuję powiew nowej energii.

- Jak będzie wyglądał Pani wymarzony dom?


 

Jeśli już kiedyś zdecyduję się, aby osiąść w jednym miejscu (mam z tym duży problem od lat), zbuduję dom w technologii, którą opracowuję i bardzo mocno wierzę. Eliminuje ona z naszego otoczenia wszelkie toksyny i materiały syntetyczne Stylistycznie na pewno będzie on miał klasyczne proporcje. Gorzej będzie z ostatecznym wystrojem, bo podoba mi się wiele kierunków. Tym się jednak nie przejmuję, bo na szczęście wnętrze można zmienić stosunkowo łatwo. Sercem domu będzie profesjonalna oranżeria, stworzona w formie ogrodu tropikalnego, ze stałą wilgotnością, motylami, śpiewającymi ptakami i oświetleniem imitującym promienie słońca, w której będę mogła spędzać pochmurne dni. Mój dom będzie też pod wieloma względami ekstremalnie nowoczesny, gdyż jestem wielką fanką futurystycznych rozwiązań.




Autor: Agata Piszcz-Wendołowicz