ARCHITEKTURA

STRONA GŁÓWNA  /  ARCHITEKTURA  /  INSPIRACJE  /  Architektura poetycka str. 1

Architektura poetycka

Architektura poetycka


Zdaniem Krzysztofa Ingardena, architektura jest rodzajem wypowiedzi artystycznej, operującej bardzo szerokim spektrum form – znaków. Tę ideę można dostrzec w jego prestiżowych projektach.


Krzysztof Ingarden, architekt, docent na Wydziale Architektury i Sztuk Pięknych Krakowskiej Akademii im. A.F. Modrzewskiego, laureat Honorowej Nagrody SARP 2009. Wraz z Jackiem Ewy prowadzi biuro Ingarden-Ewy Architekci; autor projektów, m.in. Ambasady RP w Tokio, Pawilonu Polskiego na Światową Wystawę Expo 2005 w japońskim Aichi, Pawilonu „Wyspiański 2000” w Krakowie, Małopolskiego Ogrodu Sztuki, Centrum Kongresowego w Krakowie; kurator wystaw architektonicznych: „3-2-1 Nowa Architektura w Japonii i Polsce” (2004), „Architekci polscy dla Japonii” (2011). Od 2002 r. jest Generalnym Konsulem Honorowym Japonii w Krakowie.

Redakcja: Czy inspiruje się Pan w pracy „Studiami z estetyki” Romana Witolda Ingardena?
Krzysztof Ingarden:
To trudne pytanie, bowiem „Studia z Estetyki” mojego dziadka składają się z trzech obszernych tomów bardzo różnorodnych prac estetycznych. Ich poznanie wymaga przygotowania filozoficznego. Moje z pewnością nie jest wystarczające, choć studiowałem filozofię jako drugi kierunek równoległy, gdy kończyłem architekturę w Krakowie. Przerwałem je, aby wyjechać na staż doktorancki do Japonii. Filozofia jednak pozostała w kręgu moich zainteresowań. Wracając do „Studiów z Estetyki” – całości jeszcze dotąd nie zgłębiłem. Znam wybrane fragmenty, które wiążą się z architekturą i ogólny zarys koncepcji estetycznych. Przyjmuję koncepcję dzieła sztuki, warstwową budowę dzieła i jego konkretyzację jako przedmiotu intencjonalnego...

Polemizuje Pan z wielkim filozofem?
Najtrudniejszą sprawą dla mnie jest właściwe zrozumienie i zgoda na Ingardenowską koncepcję dzieła architektury, która opiera się na dwóch założeniach: po pierwsze, że architektura nie jest sztuką przedstawiającą, po drugie – dzieło architektury posiada budowę dwuwarstwową. Pierwszą warstwę stanowi obiektywny przedmiot rzeczywisty, przestrzenny kształt, druga warstwa to cały katalog „wyglądów”. Za pomocą owych wyglądów na drodze percepcji u widza konstytuuje się architektoniczny przedmiot estetyczny, intencjonalny odpowiednik dzieła.

A Pan uważa architekturę za sztukę przedstawiającą...
Moim zdaniem architektura jest rodzajem wypowiedzi artystycznej, operującej bardzo szerokim spektrum form-znaków. Jest sztuką przedstawiającą w tym sensie, iż realizuje funkcję szeroko rozumianej reprezentacji, czyli ma charakter semiotyczny i kulturowy. Posiada własny zasób słów i składnię, za pomocą których przekazywane są różnego rodzaju informacje. Z nich odbiorca konstytuuje dzieło architektury jako intencjonalny przedmiot, nieco wszakże inny od Ingardenowskiego. W jego konstruowaniu nie wystarczą same „wyglądy”. Równie ważne są kody, znaki, znaczenia...

Jak można je opisać?
Jednym z kilku rodzajów znaków architektonicznych są znaki ikoniczne: począwszy od wizerunków – znamy przykłady budynków w kształcie rakiety, ryby, lornetki lub ziemniaka – a skończywszy na diagramach, np. rytmy i schemat klasycznej kompozycji w projekcie głównego budynku Bauhausu autorstwa Waltera Gropiusa. Myślę, że znakowy charakter architektury pozwala na przekazywanie i odczytywanie specyficznych przekazów, znaczeń, emocji.

Filozofia może pomóc architektowi? A może architektura jest filozofią?
Jeżeli architekt nie jest dobrym, twórczym architektem, o żywej i inspirującej wyobraźni, to nie sądzę, aby filozofia mogła mu pomóc... Dzieło architektury porusza nas nie tylko poprzez wyrażaną przez siebie swoistą filozofię. Powiedziałbym, iż zdecydowanie bardziej poprzez swoją poezję, czasem poprzez odniesienie do wartości egzystencjalnych. Filozofia może oczywiście pomóc architektowi zrozumieć ludzką kondycję oraz procesy historyczne i kulturowe, poszerzyć zakres pojęć, jakimi architekt może posługiwać się. Jednak sztuka kompozycji architektonicznej jest czymś innym aniżeli wykładem filozofii. Jest rodzajem twórczości, w którym nie zawsze sama logika decyduje o artyzmie. Znacznie częściej decyduje ona w połączeniu ze swobodnym i nie zawsze definiowalnym aktem twórczym. Bez tego ostatniego czynnika nie moglibyśmy tworzyć rzeczy nowatorskich, a architektura pozostałaby nudziarstwem.

Dlaczego nie poszedł Pan w ślady dziadka-filozofa albo ojca-fizyka, lecz wybrał architekturę?
Winić za to należy młodzieńczy idealizm, karmiący się lekturami z historii sztuki, połączony z oczywistą niefrasobliwością i brakiem spostrzegawczości w odniesieniu do architektonicznej rzeczywistości otaczającej nas 40 lat temu. W latach 70., kiedy decydowałem o wyborze studiów, architekturą powszechnie panującą w praktyce biurowej była wielka płyta. W praktyce realizacyjnej panował dyktat budowlańca, którego trafnie portretował Duda-Gracz, a w pozostałych sferach decyzyjnych – dyktat komitetów partyjnych. Na szczęście, gdy studia kończyłem, ten system zaczynał się walić.

 



Z jakiego powodu europejskich architektów, również Pana, fascynuje Japonia?
To zainteresowanie trwa już ponad sto lat. Jeździł tam Frank Lloyd Wright, oczarowany sztuką japońską: obok architektury, także odbitkami ukiyo-e. Jeździli tam moderniści międzywojenni, np. Bruno Taut, aby fascynować się prostotą i modułowością tradycyjnej architektury drewnianej, jeździli moderniści w latach 60., by podziwiać tradycję wyrażaną w nowatorski sposób przez architekturę Kenzo Tange i jego pokolenia. Jeździli postmoderniści, szukając prostych odpowiedzi na pytanie o złożoność świata i historii. Podziwiali przestrzenny chaos dynamicznego Tokio i ciszę zatopionych w kontemplacji ogrodów świątynnych w Kioto, głośne hałasy automatów do gry w pachinko i subtelny dźwięk fletu shakuhachi...

...a Japonia ich nauczyła...
Myślę, że japońska architektura, poprzez swoją wyraźną odrębność od naszej, może nam ułatwić zauważenie prostej prawdy: architektura mówi więcej, gdy znamy jej kulturowy kod. To znaczy, że same formy nie są wystarczające. Nie wystarczy ujrzeć świątynię buddyjską, Ryoan-ji czy zespół Nanzen-ji, aby wiedzieć, czym jest to, na co patrzymy, abstrahując od samej kompozycji przestrzeni, materiałów, kolorów. Aby to pojąć, należy zgłębić kod. Choć trochę poznać to, co za architekturą jest ukryte: japońskie życie, historię, religię, filozofię, a nawet język.

Czy podpisałby się pod słowami Araty Isozakiego, pańskiego japońskiego nauczyciela: „konstruowanie, w pełnym swoim wymiarze, to także niszczenie”?
Nie znam tła tej wypowiedzi, jednak zinterpretowałbym ją w kontekście japońskiego pojęcia „ru-ten”, stałego, cyklicznego procesu przemian, jakim podlega świat. Tak więc budując, w pewnym sensie zaburzamy równowagę istniejącą w danym miejscu. Wymuszamy zmianę naturalnych procesów, jakim podlega dane miejsce. To działanie zakłada też rozpad naszej konstrukcji w przyszłości. Isozaki wielokrotnie, z upodobaniem, wraca do obrazu ruin w swojej twórczości. Jednym z pierwszych zadań, jakie mi zlecił w biurze, było namalowanie akwarelą wielkiego obrazu, przedstawiającego widok ruin budynku Tsukuba Center z lotu ptaka. Mówił wtedy: namaluj tak, jakby spotkał go jakiś kataklizm, wielkie trzęsienie ziemi za, powiedzmy, tysiąc lat! Dziś, w rok po katastrofalnym trzęsieniu i tsunami we wschodniej Japonii, wiemy, jak bardzo realne są takie wizje.
 

Co to znaczy „architektura polska” albo „architektura japońska”? Czy może być ona narodowa?
Obiekty architektury są przedmiotami związanymi na trwale z konkretnym miejscem. Zaspokajają potrzeby mieszkających w danym miejscu ludzi. Potrzeby te są i były historycznie różne w Polsce i w Japonii. Dobrze jest porównywać te kultury, bowiem różnice są bardzo wyraźne. Byłyby one mniej ostre, gdybyśmy porównywali architektury krajów jednego kręgu kulturowego, polską i niemiecką czy czeską. Jednak, nawet w ramach jednej stylistyki, np. renesansowej w kręgu europejskim, widać zróżnicowanie, jakieś oboczności stylowe, przystosowanie do lokalnego klimatu. Tak jak pielęgnowane są poszczególne kuchnie narodowe, także w architekturze dobrze byłoby dbać o lokalny smak, związany z miejscowymi materiałami, klimatem, tradycją. Co nie znaczy, aby architektura taka nie miała być otwarta na tendencje zewnętrzne.

„Niektórzy architekci surfują na fali globalizmu.” Pan podobno nie lubi takich architektów...
Nie lubię?! Nic podobnego! Surfing to wyjątkowy i wymagający dużej sprawności sport, lecz nie da się surfować np. w górach czy na pustyni. Samo określenie pochodzi od Araty Isozakiego, który mówił żartobliwie o swym koledze, Remie Koolhaasie, jako surferze. Nawiązywał do procesów globalizacyjnych, w które włączona jest architektura, z ich wszechogarniającą komercjalizacją, utowarowieniem, konsumpcjonizmem, pośpiechem. Największym poligonem tych procesów są Chiny. Budują tam niemal wszyscy czołowi architekci, także Koolhaas. Ich obiekty są spektakularne, eksperymentalne, wyjątkowe. Tyle, że najczęściej nie mają wspólnego mianownika z chińską tradycją i kulturą. Jednak obiekty same w sobie są często zachwycające. Przykładem może być świetny budynek opery w Guangzhou Zahy Hadid. Byłem nim zachwycony i poruszony. Fotografowałem go cały dzień, nie chcąc pominąć żadnego fragmentu.


W jednym z wywiadów powiedział Pan: „Dom jest rzeczą drugorzędną. Istnieje w taki sposób, w jaki jest potrzebny człowiekowi”...

Miałem zapewne na myśli fakt, iż każdy użytkownik przestrzeni użytkuje ją w sobie określony sposób, ma indywidualny wachlarz potrzeb. Zatem nawet najbardziej wyrafinowany formalnie, funkcjonalnie i technologicznie dom użytkowany przez osobę, której potrzeby ograniczają się do prostego spania, bezrefleksyjnego jedzenia i oglądania telewizji, nie będzie domem dobrym dla takiej osoby. Nie chodzi tu zatem o samą funkcjonalność domu; raczej o to, że ważniejsze od posiadania domu takiego czy innego, jest poczucie sensu własnego istnienia i posiadanie pewnych subtelnych potrzeb, nazwijmy je „potrzebami wyższego rzędu”. Spektakularne formy i przestrzenie domów zdają się wtedy być nadmiarowe, nienaturalne, trochę zbędne i najczęściej ustępują miejsca skromnemu wyrafinowaniu i szlachetnej prostocie.

„Po ukończeniu pracy zawsze zastanawiam się, co można było zrobić inaczej, albo co można byłoby jeszcze zrobić”. Z którego projektu jest Pan na tyle zadowolony, że już nic nie chciałby Pan w nim zmienić?
To oczywiste, że nie ma takiego idealnego projektu. Każdy projekt jest osobnym procesem, nad którym architekt stara się panować. Kieruje nim, ale często panuje w stopniu ograniczonym zewnętrznymi okolicznościami, na które trzeba szybko reagować. Widzę tu pewne podobieństwa do pracy reżysera filmowego. Tworzywem tego procesu są nie tylko pomysły, idee autora i technologie do ich realizacji. To także zespoły ludzi, inwestorzy, urzędnicy, prawnicy, finanse… Jeżeli architekt chce wyrazić pewne idee projektowe, musi wziąć pod uwagę, iż ich część w tym zespole przepadnie, część zostanie zinterpretowana inaczej. Dopiero część pozostała musi być na tyle wyrazista i odporna na „zadrapania”, aby obronić delikatną materię poetycką architektury.


 




Autor: Karol Usakiewicz