ARCHITEKTURA

STRONA GŁÓWNA  /  ARCHITEKTURA  /  INSPIRACJE  /  Minimalizm w architekturze str. 1

Minimalizm w architekturze

Minimalizm w architekturze

Projekt. Miles Van Der Rohe, fot. Miguel (ITO)/ Shutterstock


W myśl zasady „mniej znaczy więcej” minimalizm i ascetyczna wizja piękna doskonale sprawdzają się we współczesnej architekturze mieszkaniowej.


Dlaczego, na przekór skłonności do kopiowania historycznych rezydencji, nie zdecydować się na prostą bryłę o surowej twarzy z betonu? Zrezygnować z obfitych kształtów na rzecz prostych linii? Cisnąć w kąt łowicki strój ludowy i przyoblec się w szaty estetycznego ascety? Ludwig Mies van der Rohe, wybitny architekt niemiecki I połowy XX w., podkreślając zbawienny wpływ minimalizmu na architektoniczną estetykę, posługiwał się aforyzmem „mniej znaczy więcej”. Oszczędność środków wyrazu, ascetyczna wizja piękna sprawdza się też w architekturze mieszkaniowej.

Cudze chwalicie

Pionierzy nowoczesnej architektury – Le Corbusier, van der Rohe i Walter Gropius – obierali w swoich pracach kierunki, którymi śmiało mogliby podążyć współcześni projektanci budynków rezydencjalnych. W tokijskim budynku Narodowego Muzeum Sztuki Zachodu, autorstwa Le Corbusiera, betonowa fasada nadaje ton estetyce kompleksu, ale nie przyczynia się do jego „anonimowości”. Pieczołowicie odtworzony w 1986 r. pawilon – przygotowany na wystawę światową w 1929 r. w Barcelonie, według projektu van der Rohe – pokazuje, że ciężkie i zimne materiały, jak kamień i stal, mogą stworzyć konstrukcję lekką i pełną gracji. Kolorystyczny i geometryczny minimalizm Gropiusa, decydujący o obliczu jego domu w Lincoln (USA, stan Massachusetts), pozwolił symbiotycznie wkomponować nowatorski projekt w naturalne otoczenie. Wizje i dzieła trzech tytanów architektury XX w. łączy awersja do bizantyjskiej ornamentyki, a także umiłowanie prostych form i brak uprzedzeń do materiałów uważanych za brzydkie. Ich motto to absolutne przeciwieństwo tendencji panujących we współczesnym budownictwie jednorodzinnym w Polsce, gdzie królują fantazyjne wykusze, „zakopiańskie” dachy i wszędobylskie zdobienia.

Swego nie znacie

Nie chcąc jednak generalizować i w naszym kraju odnaleźliśmy przykłady oryginalnej, nowoczesnej architektury. Wśród nich zgłoszony do tegorocznej edycji Nagrody Miesa van der Rohe, najwyższego europejskiego lauru architektonicznego, projekt Piotra Brzozy i Marcina Kwietowicza „Dom i pracownia artystki”.

— Chcieliśmy nie tyle dążyć do najprostszych geometrycznie, wyestetyzowanych form, bo tak dzisiaj pojmowane jest słowo „minimalizm”, a o wiele bardziej szukaliśmy współczesnej definicji „prostoty”. Pragmatycznych rozwiązań, które byłyby odpowiedzią na postawione wymagania, a przez to również bliskie mieszkańcom, nawet jeśli odbiegałyby od utartych konwencji — mówią Piotr Brzoza i Marcin Kwietowicz.

 

Autorom zależało na zaprojektowaniu budynku maksymalnie funkcjonalnego, który zarazem wpisywałby się w krajobraz przestrzenny osiedla: zróżnicowaną, rozdrobnioną zabudowę mieszkaniową. Działka na warszawskim Bródnie, na której dwa lata temu zrealizowano projekt architektów, z trzech stron zamknięta była ścianami szczytowymi sąsiadujących domów.

— Stworzona przez nas architektura stara się być oczywistą częścią tego kontekstu, nie tracąc przy tym jednak swojej suwerenności. Jest w swoim założeniu czymś na wzór abstrakcyjnego odbicia dla sąsiadującej z nią „codzienności” — tłumaczą twórcy „Domu i pracowni artystki”.

Rama dla pejzażu

Do idei funkcjonalności i harmonijnego współistnienia z otoczeniem nawiązuje „Dom bezpieczny” autorstwa Roberta Koniecznego (nominacja do Nagrody Miesa van der Rohe w 2009 r.). Projekt koncentrował się wokół zagadnienia bezpieczeństwa domowników. Przy wznoszeniu budynku, zlokalizowanego w podwarszawskiej miejscowości w otoczeniu typowych „kostek polskich” i wiejskich stodół, wykorzystano szereg innowacji, wśród nich – system przesuwanych ścian. To one wyznaczają strefę bezpieczną na posesji.

— Bryła budynku jest prostopadłościanem, w którym fragmenty ścian zewnętrznych są ruchome. Kiedy dom otwiera się na ogród, boczne ściany, wschodnia i zachodnia, przesuwają się w kierunku zewnętrznego ogrodzenia, tworząc plac przed wejściem. Po minięciu furtki w ogrodzeniu, wchodzący musi czekać w tym swoistym buforze bezpieczeństwa, aż zostanie wpuszczony do domu — mówi Robert Konieczny.

Działka, na której znajduje się posesja, położona jest w pięknej okolicy. Wśród łąk, po których kłusują konie.

— Dom stanowi tylko ramę dla pejzażu. Gdyby zacząć budynek intensywnie przyozdabiać, stworzyłby ogromną konkurencję dla otaczającej go przyrody. Zaś skromne środki wyrazu eksponują krajobraz. Powodują, że pejzaż za oknem fantastycznie wpływa na samopoczucie domowników i klimat budynku — twierdzi architekt.

Bliźniak jak willa

Nagrodzony w konkursie Polski Cement w Architekturze 2007 „Dom KL” w Wilanowie, zaprojektowany przez Mirosława Jednacza, to koncepcja dwóch domów mieszkalnych we wspólnej bryle o jednolitej formie, przypominającej wolno stojącą willę. Architekt opracował segmenty o różnym układzie przestrzennym, zgodnie z upodobaniami obu inwestorów. Elementami spajającymi kompozycję zostały materiały zastosowane na fasadzie budynku: naturalny kamień, drewno, metal i surowy beton.

— Pomimo różnorodności materiałów elewacyjnych, dom na pierwszy rzut oka wydaje się monochromatyczny. Jest to zasługa konsekwentnie użytego grafitowego koloru, który dodatkowo uwypukla faktury materiałów. Zabawa w tekstury materiałowe nie może jednak przesłonić jednego z najważniejszych czynników projektowych budynku, a mianowicie światła. Pełni ono rolę zarówno czynnego kreatora przestrzeni, jak i źródła energii — tłumaczy Mirosław Jednacz.

Projekt uwarunkowany został założeniami idei „low tech”, w której liczą się proste materiały i wrażliwość ekologiczna. Architekt wziął pod uwagę bierne wykorzystanie energii słonecznej przez duże przeszklenia od strony południowej. Zaproponował ciemny kolor elewacji i ograniczenie przeszkleń od strony północnej.

Stylistyka czy estetyka?

Czy można więc założyć, że oszczędność środków wyrazu i preferowanie prostych form to styl – nazwijmy go roboczo „minimalistycznym” – który powinien zdominować budownictwo mieszkaniowe w Polsce? Architekci niechętnie godzą się na szufladkowanie ich pracy w nurty i trendy. Tłumaczą, że estetyka w architekturze to nie tylko indywidualna wrażliwość projektanta.

— Stylistyka, jakakolwiek by nie była, nie stoi w centrum naszej pracy — wyjaśniają Piotr Brzoza i Marcin Kwietowicz. — Jest do pewnego stopnia wyrazem naszego rozumienia zagadnień estetycznych, a z drugiej strony reakcją na postawione przed nami zadanie. „Energia twórcza” w projekcie „Dom i pracownia artystki” skupiona była głównie na wypracowaniu założeń przestrzennych – na relacji między poszczególnymi wnętrzami oraz między nimi a światem zewnętrznym. Na ich geometrii, świetle i w końcu – na doborze materiałów pod kątem definiowania ich charakteru. Ta ostatnia aktywność miała miejsce w dosyć późnej fazie projektu – nie jako punkt wyjścia, ale jako ostateczny wynik procesu.

Ale upieramy się, że estetyka „oszczędnego obrazowania” jednak w architekturze istnieje. Laik zarzuciłby, że ograniczając się w wyborze materiałów i kolorów, architekt sam pozbawia się szansy na rozwinięcie skrzydeł.

— Jest zupełnie odwrotnie. Oszczędność sprzyja spójności i pozwala kreować bardzo interesujące przestrzenie wewnątrz domu. Przy użyciu prostych, naturalnych materiałów nie ma miejsca na „oszustwa” projektowe. Surowy, wylewany beton architektoniczny nie pozwala na maskowanie niedoróbek, zarówno wykonawczych, jak i projektowych, a przez to staje się materiałem bardzo wymagającym, ale też bardzo wdzięcznym — twierdzi Mirosław Jednacz.

Prosto, ale niełatwo

Może wydawać się, że minimalistyczna konwencja skrywa architektoniczne lenistwo: kilka prostych kresek i rezydencja gotowa. Czy projekt prostej bryły jest wyrazem pośpiechu i niedbalstwa jego twórcy?

— Cała sztuka polega właśnie na tym, żeby środki formalne doprowadzić do absolutnego minimum — sprzeciwia się Robert Konieczny. — Spójrzmy na rzut budynku: można go rozwiązać tysiącami kresek, jakichś węgarków, diabli wiedzą czym jeszcze. Można jednak ten rzut sprowadzić do kilku kresek. Wydaje się, że to takie proste, że ktoś poświęcił na projekt pięć minut. Ale prawda jest inna: przekombinowane linie oznaczają, że mało było myślenia, a praca trwała krótko. Spojrzenie syntetyczne zaś wymaga więcej pracy, ale pokazuje kunszt projektanta.




Autor: Karol Usakiewicz