ARCHITEKTURA

STRONA GŁÓWNA  /  ARCHITEKTURA  /  INSPIRACJE  /  Powrót do dobrych czasów str. 1

Powrót do dobrych czasów

Powrót do dobrych czasów


Oto pałac na przedmieściach Berlina, który za sprawą Jacka Kolasińskiego, projektanta wnętrz ze Szczecina, dostał szansę na drugie, a może i trzecie życie.


Los tego niezwykłego miejsca jest nierozerwalnie związany z tragicznym biegiem historii. Przed wojną tętniło ono nieskrępowaną swobodą, aby po jej zakończeniu na całe lata spaść do rangi publicznego szpitala. W końcu opuszczone przez służbę zdrowia popadło w ruinę, służąc za plener do imprez techno i filmów o wampirach. Mimo że władze Berlina, do których należał teren, miały wiele pomysłów na jego zagospodarowanie, ostatecznie żadnego nie zrealizowały. Wystawiły posiadłość na sprzedaż, licząc że znajdzie się nabywca, gotowy zmierzyć się z remontem gigantycznego budynku i rewitalizacją otaczającego go parku.

– To miejsce o ogromnym potencjale – mówi projektant wnętrz Jacek Kolasiński, właściciel pracowni LOFT Szczecin. – Imponujący, liczący około 1000 m² pałac oraz rozległy park, w którym przed wojną działał nawet amfiteatr, pozwalają zrealizować mnóstwo niestandardowych pomysłów.

Amfiteatr powstał z myślą o narzeczonej właściciela posiadłości, która w XX‑leciu międzywojennym była divą operową. Dzisiaj po ich romansie pozostały tylko legendy i muszla koncertowa, w której „śpiewają” mieszkające w parku sowy. A co zobaczył szczeciński projektant, kiedy pojechał obejrzeć pałac po raz pierwszy?

Warto zaufać

Pamięta, że budynek zrobił na nim wielkie wrażenie.

– Koncepcje projektowanych przeze mnie wnętrz powstają raczej szybko. Wkraczam w przestrzeń, a ona zaczyna do mnie mówić. Już po pierwszej wizycie wiedziałem, jaka estetyka sprawdzi się w tym otoczeniu – zdradza tajemnice swojego warsztatu pan Jacek.

Kiedy w głowie pojawia mu się pierwsza myśl, pozostaje jej wierny już do końca. Krok po kroku, element po elemencie składa całość, która jak najwierniej odda pierwotną wizję. Nie boi się ani odważnych decyzji, ani dyskusji z właścicielami, którzy czasami mają wątpliwości, co do słuszności jego zabiegów.

– Już na początku współpracy tłumaczę inwestorom, że moja działalność nie zawsze będzie szła w parze z ich oczekiwaniami. Przekonuję, że warto mi zaufać, bo realizacji zawsze wychodzi to na dobre – mówi autor wnętrz.

Taki sam scenariusz sprawdził się także w przypadku tego wnętrza. Jego inwestorami było małżeństwo z dwójką dzieci, które po obejrzeniu realizacji pana Jacka w zagranicznej prasie, postanowiło go odnaleźć i nawiązać współpracę.

Ambicje bez ograniczeń

Pałac kupili wspólnie ze znajomymi, na czas przetargu zawiązując z nimi spółkę. Po zakupie został on podzielony na sześć pokaźnych apartamentów i kilka mniejszych mieszkań. Następnym krokiem była aranżacja wnętrz.

– Początkowo inwestorzy próbowali coś zrobić we własnym zakresie. Szybko się jednak zniechęcili i zaczęli poszukiwać pomocy profesjonalisty. Najpierw otrzymałem od nich e-maila z propozycją współpracy, później zaproszenie na spotkanie w podberlińskim pałacu – wspomina właściciel pracowni LOFT Szczecin.

Mimo że pałac ma status obiektu historycznego, konserwator zabytków nie zastrzegał sobie prawa do ingerencji w wystrój jego wnętrz. Pana Jacka fakt ten niezwykle ucieszył, gdyż rekonstrukcja stylu sprzed wieków nie do końca mieściła się w jego projektowych ambicjach.

Biel z tajemnicą

Przestrzeń przemówiła do niego pałacowym charakterem, który nie wyrażał się jednak poprzez bogactwo dekoracji, a wysokość pomieszczeń, nadproża i wielkość okien czy układ wnętrz.

– Zachwyciła mnie też ilość światła, które przez cały dzień krąży po wszystkich pokojach. Wieczorem zagląda do ulokowanych od zachodniej strony sypialni, wnosząc do nich relaksujący nastrój – opowiada.

Eksperymenty gospodarzy z intensywną kolorystyką wnętrz pan Jacek zakończył jedną decyzją. Wszystkie ściany w apartamencie zostały pomalowane na biało, ale kolor ten krył w sobie pewną tajemnicę.

– Zazwyczaj biel ma w bazie kolor błękitny i razi wtedy po oczach. W tym wypadku zastąpiliśmy go szarością, dzięki czemu uniknęliśmy wrażenia chłodu i czystości – mówi pan Jacek. 

Przemalowywanie ścian nie było jednak w pałacowej przestrzeni czynnością, jak mogłoby się wydawać, banalną. Wszystkie jej płaszczyzny pokrywały bowiem stare technologicznie farby wapienne, tworzące niejednorodne i chropowate powierzchnie.

– W czasach komuny takimi farbami malowano niemal wszystkie polskie domy, dzisiaj należą one do jednych z najdroższych na rynku. Pokrycie nimi ścian jest dość kosztownym przedsięwzięciem – zdradza projektant.

Bez kompromisu

W warstwie stylistycznej Jacek Kolasiński postanowił obracać się wokół dwóch nurtów: Bauhausu, czyli lat 20. i 30. XX wieku oraz postmodernizmu z połowy XX wieku.

– Historyczne formy uzupełniłem meblami, które zostały przeze mnie zaprojektowane specjalnie na potrzeby tego wnętrza. Czuwałem też nad procesem ich produkcji, gdyż od kilkunastu lat współpracuję z mistrzem stolarskim, wykorzystującym w swojej pracy stare rzemieślnicze metody – tłumaczy projektant wnętrz.

Pan Jacek jest autorem m.in. komód w jadalni, łóżka i stolików nocnych w sypialni, luster w przedpokoju, a także wyposażenia łazienek (stolik, komoda pod umywalki, szezlong i lustra). Oprócz doskonałej jakości i formy meble jego autorstwa mają jeszcze jedną wartość – są unikatowe.

Pracując nad wystrojem wnętrz, projektant nie uciekał też od ciekawych eksperymentów. Duży stół w jadalni powstał z połączenia drewnianego blatu zaprojektowanego przez pana Jacka i oryginalnych nóg od jednego ze stołów Vitry, autorstwa Ray & Charlesa Eamesów. Stojące przy nim krzesła z kolei, to meble będące niegdyś wyposażeniem siedziby Kodaka w Berlinie, które zostały poddane renowacji.

– Praca nad wnętrzami tego ponad 200‑metrowego apartamentu trwała pół roku. Gdyby nie meble wykonywane na wymiar czy elementy wyposażenia sprowadzane z miejsc nawet tak odległych jak Nowy Jork, pewnie trwałaby jeszcze krócej – mówi projektant. 

– Zależało mi jednak na doborze wyposażenia, które nie budziłoby moich najmniejszych wątpliwości. Nie lubię iść na kompromisy.

Serce i rozum

W swojej pracy projektant wyznaje zasadę, że ilość przedmiotów we wnętrzu powinna być zredukowana do minimum, niezbędnego aby zapewnić mieszkańcom odpowiedni komfort życia. Nadmiar kolorów, form i przedmiotów wprowadza chaos, ale też pozbawia przestrzeń elegancji.

– Każde wnętrze jest inne, a ja każde z nich projektuję jak dla siebie. Uznaję, że tylko takie podejście jest uczciwe wobec inwestora – wyjaśnia Jacek Kolasiński.

O tym, że w każdej ze swych realizacji zostawia nie tylko swój talent, ale też kawałek serca, przekonuje jeszcze jeden fakt. Pan Jacek od wielu lat jest kolekcjonerem ćmielowskiej porcelany. Szczególnie zachwycają go figurki zwierząt i patery zdobione grafikami z lat 60. XX w. Podczas pracy nad apartamentem wpadł na pomysł, że „jego” ulubione patery świetnie ozdobiłyby także ten dom. Na własne ryzyko dwie patery wylicytował na kolekcjonerskiej aukcji i zawiózł „na próbę” do inwestorów.

– Właścicielka apartamentu od razu złapała bakcyla – śmieje się. – Mimo że nasza współpraca przy projekcie wnętrz się zakończyła, wciąż kontaktujemy się w sprawie nowych znalezisk na aukcjach czy targach staroci.

Polska porcelana doczekała się też honorowego miejsca. Jest przechowywana w specjalnej witrynie, na którą projektant wykorzystał starą lekarską szafkę na medykamenty. Twórczemu poszukiwaniu nietypowych mebli przez pana Jacka, towarzyszy jednak tradycjonalizm w doborze materiałów wykończeniowych lub aranżacyjnych.

– Szlachetne, naturalne materiały nie tylko nie wychodzą z mody, ale też pięknie się starzeją – mówi projektant.

Z tego powodu drewniane meble jego autorstwa są jedynie olejowane, a wyposażenie sypialni stanowi m.in. lniana pościel z polskiej firmy Yelen, która zachwyciła inwestorkę jakością wykonania. 

Choć od zakończenia pracy minął rok, właścicielka mieszkania już dwukrotnie napisała wiadomość z podziękowaniami za niezwykły klimat mieszkania. Ostatnio panu Jackowi udało się nawet odwiedzić swoje „stare” miejsce pracy.

– Przechadzałem się po pokojach, przyglądając się kolejnym zakątkom. Kiedy stwierdziłem, że z mojego pierwotnego zamysłu nie został usunięty ani jeden element, poczułem autentyczną radość – mówi. 




Autor: tekst: Agata Piszcz-Wendołowicz fot. Karolina Bąk/www.karolinabak.com