ARCHITEKTURA

STRONA GŁÓWNA  /  ARCHITEKTURA  /  INSPIRACJE  /  Z widokiem na raj str. 1

Z widokiem na raj

Z widokiem na raj

Fot. Jakub Pajewski


On jest znanym i odnoszącym międzynarodowe sukcesy architektem, który dzieli swoje życie pomiędzy Paryż, Rzym i Warszawę. Ona poświęca się pracy w stolicy Włoch. Można by ich nazwać obywatelami świata, gdyby nie to, że mają jedną wielką słabość. Jest nią dom rodzinny w podwarszawskim Aninie.


Podwarszawska rezydencja rodziny Janusza Klikowicza powstała na wzór przedwojennych, letniskowych willi i pensjonatów, położonych w starych lasach w tzw. pasie otwockim, czyli od Międzylesia do Celestynowa. Nieco jowialnie zwie się je „świdermajerami”, a nazwę tego unikatowego lokalnego stylu wymyślił Konstanty Ildefons Gałczyński, częsty bywalec tych stron i orędownik tutejszych letnich wywczasów. Dla Agnieszki i Janusza ich willa stała się przystanią, za którą na obczyźnie tęsknią niemal co dzień. Razem z dziećmi powracają do niej zawsze, gdy tylko nadarzy się okazja i chwila wytchnienia od służbowych obowiązków. To miejsce wyjątkowe, które zmienia się z każdym rokiem i żyje życiem ich rodziny. W zawodowym portfolio Janusza Klikowicza ów osobisty projekt występuje pod nazwą „Forest House”, a sygnowany jest datą 2008 r. Przed nim na liście dokonań architekta doliczyć się można ponad 40 pełnych rozmachu, urbanistycznych i architektonicznych projektów w wielu miastach w Polsce i na świecie, w tym m.in.: w Dubaju, Rzymie, Paryżu, Nowym Jorku i w Moskwie.

Miejsce magiczne

Dom Janusza Klikowicza powstał w miejscu jak z bajki, pośród boru w otulinie parku krajobrazowego. Chociaż w obrębie dawnego osiedla z lat 60. XX w., to jednak w pobliżu tego Anina, który jest pełen historycznych konotacji. Jak podają źródła kronikarskie, Anin powstał na początku XX w. w sosnowym lesie jako letnisko dla inteligencji. Zrodził się na dawnych włościach hrabiego Ksawerego Branickiego. I od imienia żony tego magnata, Anny, osiedle „wzięło” swą nazwę. W tej urokliwej podwarszawskiej okolicy do dziś pozostały nieliczne domy lub choćby tylko pamiątkowe kamienie, przywołujące sławę byłych wczasowiczów, takich jak ks. Jan Twardowski, Konstanty Ildefons Gałczyński czy Julian Tuwim. Tutaj też królowały drewniane „świdermajery”, czyli letniskowe wille z drewna sosnowego, finezyjnie zdobione i jasne. Dziś stanowią one element unikatowej, zanikającej architektury.
Janusz Klikowicz z żoną odkryli legendarny Anin na nowo. Stało się to wówczas, gdy poszukiwali własnego miejsca na ziemi. Świadomie wypatrywali takiej okolicy, w której mogliby wznieść dom rodzinny z prawdziwego zdarzenia. Zanim znaleźli zacisze w podwarszawskich lasach, mieli już za sobą bagaż doświadczeń i kilka adresów meldunkowych w dowodach. Aniński bór pokochali od razu.

Dom pełen obietnic

Państwo Klikowicz byli zmuszeni do poszukiwania odpowiedniego domu w pobliżu Warszawy także z powodu zawodowej przeprowadzki do stolicy.
– Była połowa lat 90. Marzyło się nam spokojne miejsce poza miastem. Pochodzę z Warmii i Mazur, przywykłem więc do dziewiczych pejzaży, do widoku drzew i jezior. Wychowałem się pośród pięknych krajobrazów, dlatego przyszły dom mojej rodziny widziałem w naturalnym otoczeniu lasu – wspomina architekt. – Takie miejsce znaleźliśmy w Aninie. Zauroczył nas ten skrawek parku krajobrazowego z dużą ilością starodrzewia. Decyzja zapadła szybko. To był idealny wybór. Dom, który kupili, był zwykłą, typową bryłą, mówiąc kolokwialnie, „kostką” z poprzedniej epoki, ale miał wielki potencjał.
– Dostrzegłem w nim wiele możliwości. Tego typu budynki dają się łatwo modernizować i to stosunkowo niewielkim kosztem – podkreśla Janusz Klikowicz. Nie od razu jednak jego posesja stała się placem budowy. Dopiero po 2000 r. właściciele podjęli decyzję o rozbudowie. Zmiany następowały powoli i wciąż nie mają końca. Metamorfoza jest wręcz cechą własną tego domu. Trwała etapami i – jak mówi Janusz Klikowicz – jest nieunikniona w najbliższej przyszłości.
– Nasz dom nie został wymyślony i urządzony według pierwotnego zamysłu i raz na zawsze, jak to zwykle się zdarza. Zmiana jest mu wręcz przypisana, ponieważ lubimy to miejsce udoskonalać i na co dzień dostrzegamy potrzebę wszelkich przeróbek, zarówno aranżacyjnych, jak i architektonicznych. Dom zmienia się jak my. Sprawiamy, by spełniał funkcje stosownie do ewolucji potrzeb, upodobań czy nawyków każdego członka rodziny.
Architekt otwarcie wyznaje, że tuż po zakupie domu nie było go zwyczajnie stać na natychmiastową i radykalną rozbudowę. Wizja, jak będzie on wyglądał, też nie pojawiła się od razu. Projekt wykluwał się etapami.
– Najpierw powstała szklana weranda, owo wysokie atrium, w którym przeglądają się stare drzewa z naszego ogrodu – wyjaśnia. – Weranda była pierwszym naszym świadomym nawiązaniem do stylu „świdermajerowskiego”. Chcieliśmy bowiem zachować z tego baśniowego świata drewnianych willi coś dla siebie.
Potem były dalsze przeróbki. Powstała drewniana nadbudówka, a także pasaż nad garażem, w którym mieści się przestronna sypialnia z widokiem na obie strony domu i starodrzew. Finał tych generalnych zmian konstrukcyjnych nastąpił dopiero w 2008 r. Ale przeobrażenia we wnętrzu odbywają się nadal.




Autor: Ewa Sosnowska