DESIGN

STRONA GŁÓWNA  /  DESIGN  /  NAZWISKO Z MARKĄ  /  Inspiracje czają się wszędzie str. 1

Inspiracje czają się wszędzie

Inspiracje czają się wszędzie


Anna Siedlecka: Traktuję design jako realizację tego, co noszę w sobie, czym się interesuję. Przekazywanie swojej pasji innym daje mi niesamowitą siłę i radość. Tym bardziej, że wkładam w to wiele pracy.


Anna Siedlecka razem z Radkiem Achramowiczem od 2003 r. tworzy designerski duet Puff-Buff Design. Mimo że projektują wnętrza, meble i architekturę, ich znakiem rozpoznawczym stały się lampy. Od kilku lat są obecni na światowych targach i wystawach wzornictwa, m.in. 100% Design w Londynie, Maison & Objet w Paryżu, muzeum Red Dot Design w Essen.

Redakcja: Puff-Buff to Anna Siedlecka i Radek Achramowicz. Znacie się od lat, razem tworzycie. Często wybuchają między wami twórcze dyskusje?

Anna Siedlecka: Każdy ma swoje pomysły, ale wszystko jest kwestią kompromisów. To, co robimy jest twórczym połączeniem naszych wizji i koncepcji. Tworzymy razem od dawna i to się sprawdza. Oczywiście, czasami trzeba się pokłócić, ale wiemy, że stanowimy zespół. Włożyliśmy w naszą firmę wiele pracy i energii, mamy wspólne cele.

Charakterystyczny element Waszej twórczości to lampy. Co takiego jest w świetle, że postanowiliście je ujarzmić?

Światło nas zafascynowało, wciągnęła nas jego magia. Ze światłem możemy eksperymentować i stale wymyślać coś nowego. To specyficzna materia.

Skąd czerpiecie inspiracje?

Inspiracje czają się wszędzie, trzeba tylko umieć patrzeć. Częste podróże, jedzenie, sztuka… Szukamy wszędzie, wykorzystujemy wszelkie możliwe źródła. Zaczynamy od idei, stworzenia pewnego szkicu. Potem konstruujemy model, pracujemy nad szczegółami, testujemy prototypy. Wprowadzenie produktu na rynek trwa mniej więcej pół roku.

Dlaczego zdecydowaliście się zająć produkcją własnych koncepcji?

To dość popularne w świecie designu, że projektanci angażują się w produkcję własnych projektów. Zyskujemy w ten sposób niesamowitą wolność, możliwość robienia tego, co chcemy. Oczywiście, w jakimś stopniu ogranicza nas rynek, ale nikt nam nie mówi, co i jak musimy zrobić. Jesteśmy po prostu samowystarczalni.

Nie boi się Pani, że niewidzialna ręka rynku sprawi, że to, co stworzycie, nie przyjmie się?

Takie ryzyko rzeczywiście istnieje, ale myślę, że jesteśmy w tej branży dostatecznie długo, aby przewidzieć co i za ile się sprzeda. Wierzę również, że jeśli coś nam się spodoba, przypadnie też do gustu naszym odbiorcom. Celujemy w odpowiednią niszę. Nie tworzymy projektów masowych i mamy swoich wiernych klientów.

 

Trzeba dużo wyobraźni, aby zobaczyć w folii PVC twórczy materiał. Czym Was zachwycił?

Faktycznie, nasze „dmuchańce” są dosyć specyficzne. Cienka membrana wypełniona powietrzem, która kształtuje się zupełnie inaczej niż drewno czy plastik. Ma swoje obłości, miękkość, przeźroczystość. Światło w takim ujęciu staje się przyjazne. Ta technologia potrafi zauroczyć. Nasze lampy można też uznać za produkt ekologiczny, bo te duże formy w rzeczywistości zrobione są z małej ilości materiału, a głównym ich budulcem jest powietrze. Zresztą, od początku interesował nas design nomadyczny, projektowanie rzeczy, które łatwo można przenosić z miejsca na miejsce.

Złośliwi mówią, że tak chętnie jeździcie na targi, bo Wasze projekty mieszczą się w dwóch walizkach.

Jak jest się designerem, to trzeba być człowiekiem praktycznym i tacy jesteśmy. Dlatego mogliśmy ostatnio pojechać do Japonii, nie wynajmując kontenerów. Część rzeczy wysłaliśmy kurierem, a pozostałe rzeczywiście przywieźliśmy w dwóch walizkach. Nie ma w tym nic wstydliwego. Uważam to nawet za zaletę.

Co Puff-Buff robił w Japonii?

To była misja gospodarcza European Design. Uczestniczyło w niej 40 europejskich firm, a celem imprezy była pomoc w wejściu na hermetyczny rynek japoński. Japończycy są dość nieufni. Potrzeba dużo czasu i wysiłku, aby zacząć tam cokolwiek sprzedawać.

Zostaliście zauważeni?

Mieliśmy kilka ciekawych spotkań, które, jak na Japonię, wyglądały obiecująco. To specyficzny klient. Tam wszystko musi dojrzeć, mieć swój czas. Stosunki z firmą budowane są długo i cierpliwie. Szczególnie cenione są kontakty półprywatne. Doczekaliśmy się już pierwszych zamówień od poważnych japońskich firm oświetleniowych, i to szybciej niż myśleliśmy.

Wiele osiągnęliście w świecie designu. Nie boi się Pani wypalenia, powielania pomysłów?

Na razie robimy to, co nas bawi, mimo że jest to ciężka praca. Nie ukrywam, że czasami mamy dość. Jak przestanie mnie to wszystko bawić, to pewnie zajmę się czymś innym. Mam kilka pomysłów...

Czym by się Pani zajęła?

Może wyjadę na wieś, gdzie będę uprawiała ekologiczne buraki albo hodowała kozy...

 

Ale design wciąż Panią fascynuje?

W Polsce świat designu dopiero powstaje. Jak zaczynaliśmy kilka lat temu, to pojęcie niewiele komukolwiek mówiło. Teraz jest trochę lepiej. Traktuję design jako realizację tego, co noszę w sobie, czym się interesuję. Przekazywanie swojej pasji innym daje mi niesamowitą siłę i radość. Tym bardziej, że wkładam w to wiele pracy.

Jesteście rozpoznawalną marką...

Mam nadzieję, że jakoś tam...

Przemawia przez Panią skromność.

Cieszę się z osiągnięć, ale nie zachłystuję nimi i robię swoje. Sukces nie przyszedł od razu. Wiele lat ciężko na niego pracowaliśmy. Zanim udało nam się coś osiągnąć, dobijaliśmy się do wielu drzwi. To była orka, jak na jakimś ugorze. Teraz samo się napędza. Dlatego mam spory dystans do tego, co robimy. Fajnie, że ktoś docenia nasze projekty i miłe jest to, że się sprzedają, bo w przeciwnym razie nasza praca nie miałaby sensu.

Przyszłość zespołu Puff-Buff to projektowanie użytkowe czy sztuka?

Zdecydowanie projektowanie użytkowe. Zawsze podkreślamy, że nasze projekty nie są pojedynczymi tworami, które robimy sobie a muzom. To rzeczy jak najbardziej użytkowe, nawet jeśli ktoś mógłby o nich powiedzieć „fiu bździu, lampy z powietrza”. Ale to wszystko jest bardzo dobrze przemyślane i zaprojektowane.

Dziękuję za rozmowę.




Autor: Wojciech Buszko, fot. Archiwum Puff-Buff Design