DESIGN

STRONA GŁÓWNA  /  DESIGN  /  NAZWISKO Z MARKĄ  /  Pochłonęły mnie żywioły str. 1

Pochłonęły mnie żywioły

Pochłonęły mnie żywioły

FOT. ARCHIWUM ŁUKASZA KARKOSZKI


Absolwent Akademii Sztuk Pięknych we Wrocławiu. Dyplom zrealizował w pracowni prof. Przemysława Lasaka w 2005 r. W 2013 r. uzyskał stopień doktora w dziedzinie sztuk plastycznych. Ma na swoim koncie wiele wystaw indywidualnych, np. „Przypływy odpływy”, „Kształt”, „Przestrzenie” oraz liczne wystawy zbiorowe. W swojej pracy inspiruje się głównie naturą. Ważnym elementem na każdym etapie jego twórczości jest przestrzeń, poczynając od koncepcji, przez tworzenie i eksponowanie gotowych obiektów.



Anna Lewczuk: Jak zaczęła się Pana przygoda z ceramiką?


Łukasz Karkoszka: Jeszcze przed studiami odkryłem pokłady gliny na działce rodziców. Ojciec wcześniej miał okazję zajmować się ceramiką, podpowiedział mi więc, że z wykopanego surowca można coś wykonać. W ten sposób powstał mój pierwszy obiekt ceramiczny, który wypaliłem w ognisku. Było to niezbyt udane naczynie, nieposiadające znamion dzieła sztuki. Jednak z tego eksperymentu zrodziło się moje zamiłowanie do ceramiki. Później zdecydowałem, że będę zdawał na Akademię Sztuk Pięknych. Aktualnie zajmuję się malarstwem i rzeźbą, nieustannie wykorzystując warsztat ceramiczny.


Co Pana zafascynowało w tym materiale?


Pochłonęły mnie przede wszystkim żywioły ognia i ziemi. Do swoich prac stosuję różne rodzaje gliny. Najpierw formuję materiał w taki sposób, aby zyskał pożądany kształt. Potem następuje etap suszenia gliny, a następnie istotny proces jej wypału. Gotowy przedmiot zdobię poprzez nakładanie angob lub szkliw. Powierzchni nadaję kolor, który utrwalam przez kolejne wypalanie. Jest to niewątpliwie skomplikowana dyscyplina, wymagająca nie tylko czasu i poświęcenia, ale też wiedzy technologicznej i umiejętności warsztatowych.


Czy glina jest wdzięcznym materiałem do współpracy?


Mimo że robię wiele prób z kolorem lub powierzchnią szkliw i angob bywa, że wyciągam pracę z pieca i... jestem zaskoczony! Szkliwa nakładane na większej powierzchni albo grubsza warstwa angoby sprawiają, że kolory zaczynają się samoistnie zmieniać. Efekt może być zupełnie inny niż przewidywałem. Ale to właśnie nieprzewidywalność tej dyscypliny sprawia, że sama podpowiada niektóre rozwiązania i pokazuje nowe możliwości.


O czym opowiadają Pana prace? Rzeźby są dość melancholijne i zamyślone...


Od samego początku moje realizacje ceramiczne były silnie związane ze światem przyrody. Stanowiły interpretację tego, co odkrywałem w środowisku naturalnym. Przedstawiały wszystko, co mnie zachwyciło i zaniepokoiło. Jednak w pewnym momencie poczułem, że imitowanie obiektów przyrodniczych, takich, jak kamień, skała czy drewno to nie wszystko. Poczułem potrzebę znalezienia własnego języka i zacząłem tworzyć obiekty inspirowane figurą ludzką. Jednak nie było to dosłowne obrazowanie postaci. Starałem się raczej tworzyć prace, które będą balansowały pomiędzy abstrakcją, formą organiczną i rzeźbą figuratywną. Dążyłem do stworzenia bryły o płynnych i zmysłowych kształtach, która będzie syntetyczna i wysmakowana w swoim wyrazie. Być może moje rzeźby są odbierane jako melancholijnie czy przepełnione smutkiem. Nie wiem, jak oddziałują na widza, ale sam na pewno nie jestem osobą smutną (śmiech).


Wiele wyrzeźbionych przez Pana postaci przyjęło postawę stojącą. Prof. Jakuszewski opisując Pana twórczość stwierdził, że postawa stojąca porządkuje przestrzeń i nadaje jej znaczenie.


Moje pierwsze prace były mocno inspirowane światem przyrody, zauważyłem jednak, że niektóre z nich są tak silnie związane z otoczeniem, że widz mógłby je zwyczajnie pominąć lub potraktować jako obiekty naturalne, wykrystalizowane ze środowiska. Zacząłem zatem poszukiwać form, które wyglądają jak dzieło człowieka, a jednocześnie tworzonych tak, jak robi to sama natura. Chciałem, aby poprzez fakturę, kształt, linię czy kolorystykę nawiązywały do zjawisk występujących w przyrodzie. Dlatego niektóre z nich przypominają skałę wypłukaną przez wodę. Zrozumiałem też, jak ważnym elementem jest skala. Wiadomo, że zbyt małe obiekty w dużej przestrzeni po prostu giną. Prezentując rzeźby w plenerze uczyłem się tego, jaką powinny mieć wysokość i jaki kształt, żeby dobrze funkcjonowały w przestrzeni. Aby wyczuwalna była ich masa, energia i siła.


Pana prace częściej można oglądać w ogrodach, niż galeriach. Dlaczego?


W trakcie studenckiej wystawy w rodzinnym Sosnowcu miałem zaprezentować moje obiekty w Sosnowieckim Centrum Sztuki - Zamek Sielecki. Szybko jednak zorientowałem się, że eleganckie i sterylne wnętrza XVII – wiecznego zamku nie są odpowiednim kontekstem dla monumentalnych i dość surowych w wyrazie rzeźb. Wpadłem więc na pomysł, aby do ich wyeksponowania wykorzystać dziedziniec. Eksperyment się udał. W naturalnym świetle i otwartej przestrzeni rzeźby prezentowały się lepiej niż w sztucznym świetle, stłoczone we wnętrzach galerii. Był to wyraźny sygnał, że najlepszym dla mnie rozwiązaniem jest nieograniczone działanie w plenerze, gdzie nie jestem uzależniony od wymogów stawianych przez instytucje kulturalne.




Autor: Anna Lewczuk