DESIGN

STRONA GŁÓWNA  /  DESIGN  /  NAZWISKO Z MARKĄ  /  Wyplatam swoją przyszłość str. 1

Wyplatam swoją przyszłość

Wyplatam swoją przyszłość


– Zamierzam pokazać, że ze sztuki czystej może zrodzić się autorski, indywidualny produkt rynkowy o doskonałym designie – podkreśla Jolanta Rudzka-Habisiak, rektor ASP w Łodzi.


Jolanta Rudzka-Habisiak, rektor Akademii Sztuk Pięknych w Łodzi. Zajmuje się szeroko pojętą sztuką tkaniny artystycznej i projektowaniem dywanów. Wkracza również w działania z pogranicza technik graficznych i autorskich. Uczestniczyła w ponad 160 wystawach zbiorowych – polskich i międzynarodowych, zorganizowała 25 wystaw indywidualnych. Laureatka licznych prestiżowych nagród, na swoim koncie ma długoletnią współpracę z czołowymi polskimi producentami dywanów: firmami Dywilan i Agnella. W 2011 r. stworzyła autorską, ekskluzywną markę skórzanych dywanów i akcesoriów wnętrzarskich JRH. Zainicjowała powstanie Fundacji PROTEXTIL, promującej polską sztukę włókna. Jest członkiem Friend’s of Fiber Art International (USA). 


Redakcja: Jak wspomina Pani swoje pierwsze kroki w świecie sztuki i designu?

Jolanta Rudzka-Habisiak: Pierwszym dużym krokiem w mojej karierze artystycznej był udział w International Textile Fair w Kioto, gdzie wysłałam tkaninę ze skóry. Chciałam zaistnieć z czymś oryginalnym, więc wymyśliłam prostą technikę, polegającą na manipulacji zwyczajnym paskiem skóry. Od tamtej pory nieustannie tworzę różnorodne struktury. I choć zmieniałam materię na papier, jedwab czy len, to wciąż jestem wierna swojej technice. Nagroda z Kioto za skórzany relief otworzyła mi drzwi do międzynarodowej kariery. Szłam do przodu śladami kolejnych wyróżnień, każdego roku kilkakrotnie wyjeżdżając w różne strony świata. Moje życie polegało na ciągłej pracy. Tworzyłam, pakowałam się i rozpakowywałam... To było fantastyczne! A jednocześnie trudne organizacyjnie. Próbowałam pogodzić życie rodzinne z wyjazdami i pracą na uczelni. To były intensywne lata, które trwają do dziś! (śmiech).


Czy świat designu wyglądał wtedy tak samo jak teraz?

Świat tkaniny artystycznej jest niezwykle elitarny. Pamiętam lata bardzo trudne, ale też znakomite, kiedy tkaninę firmowała Magdalena Abakanowicz. Moją matką chrzestną była prof. Janina Tworek-Pierzgalska, kierująca Pracownią Tkaniny Unikatowej. Kiedy zmieniłam tę pracownię na Pracownię Dywanu i Gobelinu, musiałam nieco zmodyfikować profil zainteresowań. Dywan wymagał ode mnie kontaktu z przemysłem i pogłębienia wiedzy na temat produktu rynkowego. Wcześniej tworzyłam wyłącznie na potrzeby wystaw i konkursów. Jeszcze dekadę temu słowo „design” było czymś zachodnim, amerykańskim, czymś, czego do końca nie rozumieliśmy. Zaczęliśmy jednak jeździć, poznawać, oglądać i korzystać z internetu...


I co się wtedy zmieniło?

Młodzi ludzie poczuli potrzebę, żeby sztukę zamieniać na konkretny produkt i sprzedawać swoje dzieła. Pracując dla Fabryki Dywanów Agnella wprowadziłam dywan przemysłowy na salony designu, a rozdźwięk między tymi obszarami był ogromny. Design oznaczał coś lepszego, wyjątkowego, oczywiście seryjnego, ale w niezwykle luksusowym, elitarnym wydaniu. Obok funkcjonował zwykły produkt rynkowy: byle jaki, gorszy, tani. Mnóstwo energii straciłam w walce o to, aby dywany były podpisywane nazwiskiem projektanta, ale twarde reguły rynku to wykluczały. Widziałam wyraźny przełom w przejściu tkaniny do świata designu. Pojawiło się Moho. Moje absolwentki Joanna Rusin i Agnieszka Czop działały w filcu. Zaczęliśmy mówić o polskim designie z podniesioną głową.


Chyba ma Pani sentyment do tamtych czasów...

Obracałam się w romantycznym świecie artystów, sama czułam się w pewnym sensie pionierką. Podróżowałam, poznawałam inspirujących ludzi. Tkanina pokazała mi świat. Dzisiaj światem sztuki, niestety, w znacznej mierze rządzi pieniądz. Zorganizowanie wyjazdu czy wystawy pozostaje na barkach samego artysty. Kiedy wychyliliśmy się zza żelaznej kurtyny, byliśmy atrakcyjni i wnosiliśmy do świata sztuki nową energię, wtedy chętnie nas sponsorowano. Dziś musimy być samodzielni i docierać do różnych źródeł finansowania naszych przedsięwzięć artystycznych.


Co Panią skłoniło do założenia autorskiej marki JRH?

Chciałam w ten sposób podsumować moje życie artystyczne. Zamierzam pokazać, że ze sztuki czystej może zrodzić się autorski, indywidualny produkt rynkowy o doskonałym designie. 
Marzę o tym, żeby poduchy i dywany sygnowane marką JRH poszły w świat, a mój przeplot stał się rozpoznawalny. Wierzę, że mi się uda, choć wylansować markę, przy ograniczonych środkach jest dziś bardzo trudno.


Do kogo adresuje Pani swoje projekty?

Do osób o pewnym obyciu, szanujących sztukę, które lubią się nią delektować. Może to być kolekcjoner, który odczuwa przyjemność z tego, że otaczają go w domu wyjątkowe rzeczy. Mam nadzieję, że będzie to ktoś, kto z zamiłowania do pięknych przedmiotów pokocha również moje prace i potraktuje je jak dzieła sztuki użytkowej.


Ma Pani w swojej kolekcji ulubiony wzór?

Uwielbiam Fishbone i Minimal. Ten drugi jest bardzo pracochłonny. W głowie mam mnóstwo pomysłów na manipulowanie kolorem, czy wplatanie kolejnych pasków. Zależy mi na tym, żeby kolekcja naturalnie się rozwijała. Część pomysłów już sprawdziłam na pojedynczych poduszkach. Wczoraj siedziałam do późna w nocy, ponieważ wpadł mi do głowy pomysł na nową strukturę. Ta technika daje wiele możliwości rozwijania tematu, to dopiero początek (śmiech)!




Autor: Anna Lewczuk, fot. This Way design: Joanna Kulak, Mikołaj Śliwiński