DESIGN

STRONA GŁÓWNA  /  DESIGN  /  NAZWISKO Z MARKĄ  /  Wywiad z Miśką Miller Lovegrove str. 1

Wywiad z Miśką Miller Lovegrove

Odkryłam wiele gwiazd - Miśka Miller Lovegrove


Brakuje w Polsce ciekawych wystaw, światowego dialogu, wymiany opinii, burzliwego życia związanego z designem i architekturą – mówi Miśka Miller Lovegrove.


Miśka Miller Lovegrove, architekt, architekt wnętrz, absolwentka Wydziału Architektury Politechniki Warszawskiej. Od 1980 r. mieszka w Londynie, gdzie studiowała architekturę w Architectural Association School of Architecture. W latach 1988 – 1998 prowadziła własną pracownię Miska Miller Associates. Od 1998 r. jest partnerem w jednym z najbardziej znanych światowych biur projektowych Lovegrove Studio, gdzie współpracuje głównie przy projektach architektonicznych i wnętrzarskich. Jej ulubione dziedziny to architektura i wystawiennictwo. Była kuratorem wielu wystaw w ramach projektu Young Creative Poland, m.in. podczas London Design Festival w 2009 r., Salone del Mobile w Mediolanie w 2010 r. czy na Fierze podczas Salone del Mobile w 2011 r. W 2011 r. zaprojektowała wystawę „Chcemy być nowocześni” w Muzeum Narodowym w Warszawie. Jest współzałożycielką Fundacji Creative Project, której celem jest promocja designu w kraju i za granicą.
 

Redakcja: Skąd wzięło się imię Miśka. Jest bardzo oryginalne...

Miśka Miller Lovegrove: Misia jest zdrobnieniem od Michaliny, ale w moim przypadku jest to dość oryginalna forma imienia Maria. Moja ukochana prababcia nazywała się Michalina, wspominam ją jako babcię Misię. Od dziecka byłam tak nazywana przez rodziców, ale zmieniłam to na Miśkę, bo bardziej mi się podobało. Moi pradziadkowie pochodzili z Niemiec. Jako Maria Miller byłam w Anglii uważana za Angielkę, a to mi nie pasowało. Zdrobnienie, używane przez moją rodzinę, pozwoliło mi zachować polską tożsamość.
 

Ze zdziwieniem odkryłam, że ilość informacji na Pani temat jest dość ograniczona.

Nie dążę do nadmiernego zainteresowania moją osobą. To, co uważam za najbardziej interesujące i czym chciałabym się dzielić z otoczeniem, to moje osiągnięcia zawodowe. Projektowanie, organizacja wystaw, promocja polskiego designu. Lubię o tym rozmawiać. Wiem, że dzień w całości poświęcony projektowaniu, nie był dniem straconym.

 


Wróciła Pani do Polski po latach nieobecności. Od Pani wyjazdu wiele się tu zmieniło...

Studiowałam w Polsce w ciężkich czasach. Studenci nie mieli dostępu do wielu wartościowych publikacji, nie było internetu. Nie istniały tak szerokie możliwości, aby wyjeżdżać, poznawać światową architekturę czy design, jakie mają teraz młodzi ludzie. Jednak ostatnia wystawa polskiego designu z lat 1955–68 w Muzeum Narodowym w Warszawie, którą zaprojektowałam, wyraźnie pokazała, że również w tych trudnych, powojennych czasach kreatywność w polskim wzornictwie, architekturze wnętrz i sztuce użytkowej istniała. Przykłady naszych projektów wcale nie są gorsze od tych, które w tym samym czasie powstały w innych europejskich krajach.
 

Dlaczego zaangażowała się Pani w promocję polskiego wzornictwa?

Studiowałam w Polsce architekturę i zawsze wokół niej oscylowały moje działania. Zainteresowanie polskim designem zrodziło się trochę przypadkowo i w dużej mierze dzięki Ance Pietrzyk-Simone, z którą od lat współpracuję. Dużo rozmawiałyśmy o polskim wzornictwie. Bardzo spodobała mi się jej energia, chęć do pracy, potrzeba działania. W Ani odnalazłam cechy pokolenia, która mnie potem zafascynowało. Od kiedy zaczęłam przyjeżdżać do Polski, odkryłam, że dzieją się tu bardzo ciekawe rzeczy. Poznałam młodych, niezwykle twórczych projektantów i architektów, odwiedzałam ich w pracowniach, obserwowałam dokonania. Kiedy pojawiła się okazja, żeby w ramach współpracy z Instytutem Adama Mickiewicza przygotować wystawę polskich projektantów w Londynie, obie uznałyśmy, że to świetna inicjatywa i duże wyzwanie. Wystawa wzbudziła olbrzymie zainteresowanie. W metropoliach przesyconych designem i modą, ciągle dąży się do poszukiwania czegoś nowatorskiego, oryginalnego, wcześniej nieznanego.
 

Twórczość polskich projektantów okazała się odpowiedzią na to zapotrzebowanie?

Jedną z pierwszych osób, które poznałam był Oskar Zięta. Architekt, inżynier, osoba, która swoją pracę opiera nie tylko na nowych pomysłach, ale też wiedzy inżynieryjnej. Jego innowacyjne projekty to wręcz patenty! Dały mi wiele powodów do myślenia. Uznałam, że trzeba je koniecznie pokazać światu. Teraz Oskar to mała gwiazda. Właściwie nie mała, a wielka! (śmiech)

 

Obserwuje Pani dokonania Polaków z szerszej perspektywy. Czy od strony „wielkiego świata” polski design ciągle tkwi w ludowości?

Każdy kraj ma swoje tradycyjne wzory i techniki rzemieślnicze. Jeśli są one umiejętnie wykorzystywane, powstają fantastyczne projekty. Z tego powodu duże zainteresowanie za granicą wzbudziła firma Moho Design. Po raz pierwszy ich dywany zobaczyłam właśnie w Londynie. Projektanci wiernie odtworzyli tradycyjną technologię produkcji filcu. Polski filc, używany przez górali, był świetnym gatunkowo, ręcznie przygotowywanym, tkanym materiałem. Jego współczesny odpowiednik, chętnie używany w Szwecji, to filc tłoczony. Choć Moho Design nawiązało do ludowego wzornictwa, ich działalność nie posuwa się wyłącznie w tym kierunku. To tylko jeden z dowodów, że ludowa estetyka nie musi być i nie jest naszą specyfiką.
 

Pewnie to za Pani sprawą mąż podjął współpracę ze wspomnianą marką?

Ross zaprojektował dla Moho Design jeden z dywanów. Aktualnie nie współpracujemy projektowo, stale jednak utrzymujemy kontakt. Kiedy ostatnio organizowałam wystawę Young Creative Poland: in Production w Mediolanie, Moho Design również prezentowało swoje przedmioty.
 

Jak spotkała Pani Rossa Lovegrove?

Poznaliśmy się przez wspólnych znajomych, obydwoje prowadziliśmy wtedy swoje biura. Potem dzieliliśmy powierzchnię, a w końcu zaczęliśmy być razem i razem pracować. Po pewnym czasie zaczęłam więcej inwestować w biuro męża, a swoje pomysły architektoniczne wprowadziłam do projektów w naszej wspólnej pracowni. Zawsze byłam bardziej związana z architekturą niż z projektowaniem przemysłowym, jednak moją ulubioną dziedziną jest wystawiennictwo. Mąż natomiast zajmuje się wzornictwem przemysłowym. Jednocześnie, jako osoba bardzo znana w swojej dziedzinie, miał dużo własnych wystaw, które z przyjemnością przygotowywałam.

 

Przyciągnęły się zatem dwie artystyczne dusze...

Bycie razem i założenie rodziny przez osoby równie mocno poświęcone pracy nie jest łatwym zadaniem. Staje się to kolejną formą aktywności, która albo bardziej łączy, albo dzieli. Ludzie twórczy, utalentowani bywają trudni, gdyż towarzyszy im silne poczucie własnej ważności. Czasem może to być błędnie odbierane jako egocentryzm. Powtarzam jednak często mojemu synowi, że najwspanialszą rzeczą w życiu jest robienie na co dzień tego, co się lubi. To największy luksus, na jaki możemy sobie pozwolić.


Bliskość tak wielkiego twórcy Panią inspirowała, czy wręcz przeciwnie onieśmielała? Na podobieństwo żon „sławnych mężów” miała Pani ochotę usunąć się w cień?

Wiele kobiet potwierdzi, iż w momencie kiedy zakłada się rodzinę, priorytety zmieniają się samoistnie. Zawód, mimo że się go kocha, schodzi na drugi plan. Kariera mężczyzny w tej sytuacji na pewno przebiega szybciej. Miałam wielkie szczęście, że mogłam pogodzić opiekę nad synem z kontynuowaniem pracy zawodowej, dzięki temu, że nasze biuro dobrze prosperowało i jest znane na całym świecie.
 

Artyści potrzebują do pracy odpowiednich warunków, atmosfery, nastroju. Jak radzicie sobie Państwo w sytuacji, kiedy któregoś z Was całkowicie pochłania pasja tworzenia?

Nie istnieje związek, gdzie kobieta i mężczyzna są na tym samym poziomie twórczym. Zawsze jedna z osób musi być w lekkim cieniu, ale mi to kompletnie nie przeszkadza. Nie lubię być w centrum, mówić o sobie, udzielać wywiadów... Mąż, przeciwnie, jest w tym bardzo dobry. Kiedy czuje zainteresowanie swoją osobą, dostaje dodatkową dawkę energii. Dlatego jest świetnym wykładowcą i nauczycielem, który umie zainspirować swoją wizją i przekazać własne doświadczenie młodemu pokoleniu. Ja takiego talentu nie mam i bardzo mi odpowiada, że mogę skupić się na sobie i robić to, co sprawia mi największą przyjemność, czyli projektować. Może zaangażowanie w propagowanie młodych polskich projektantów i architektów jest odpowiednikiem mojej potrzeby inspirowania i przekazywania swojego doświadczenia młodszym. Nigdy nie konkurowaliśmy z mężem na gruncie zawodowym.

 

Czym kobieca estetyka wyróżnia się w wyrażaniu świata?

Kobiety są nieco delikatniejsze w podejściu do projektowania. Mówię o projektowaniu, bo jeśli chodzi o architekturę, to nie ma to według mnie znaczenia. Potwierdzeniem są odważne, wyraziste projekty Zahy Hadid, które nie mają w sobie nic ze stereotypowej kobiecej subtelności. Może kobiety są bardziej praktyczne?
 

A co z Pani dalszymi planami w Polsce?

Pracujemy z Anią nad Fundacją Creative Project, która stanie się platformą naszego działania. Uważamy, że ciągle brakuje w Polsce ciekawych wystaw z zewnątrz, światowego dialogu, wymiany opinii, burzliwego życia związanego z designem i architekturą. Chcemy, żeby Polska była bliżej „wielkiego świata”, a nawet stała się jego częścią. Jest to szczególnie potrzebne młodym ludziom. Filozofia Rema Koolhaasa czy Zahy Hadid powinna do nas docierać poprzez bezpośredni kontakt. Tworzymy więc kreatywne pole wymiany doświadczeń, aby móc promować polski design za granicą, ale też przywieźć do nas światowe dziedzictwo. Jak mały jest ten wielki świat, świadczy chociażby moje spotkanie z Moniką Unger, koleżanką z podstawówki, która również jest architektem i członkiem fundacji. Po wielu latach, w Mediolanie zostałyśmy sobie ponownie przedstawione przez wspólnego przyjaciela, Stefano Giovannoniego. Potem Monika zorganizowała obiad, na który zaprosiła wielu wspólnych przyjaciół – projektantów, podczas którego słuchaliśmy muzyki Czesława Niemena.
 

W związku z życiem zawodowym wciąż podróżuje Pani między Warszawą a Londynem. Gdzie jest Pani dom?

Dom jest tam, gdzie moja rodzina, czyli w Anglii. Kulturowo jestem jednak bardzo związana z Polską. Mieszkają tu moi rodzice, a język polski jest mi językiem bardzo bliskim. Mój syn mówi po polsku. Nie chcę, żeby kiedykolwiek mój ojczysty język stał się zardzewiały (śmiech). Od wielu lat buduję też swój polski dom. Kupiłam XVI-wieczne ruiny budynku w Kazimierzu Dolnym, do których dostawiam współczesną realizację. Tworzę swoje drugie ważne miejsce.
 

Dziękuję za rozmowę.




Autor: Anna Lewczuk