STYL ŻYCIA

STRONA GŁÓWNA  /  STYL ŻYCIA  /  CZAS NA RELAKS  /  Kolorem wina maluję okolicę str. 1

Kolorem wina maluję okolicę

Kolorem wina maluję okolicę

Fot. Przemysław Andruk


Gdy przybyliśmy do Pańskiej Góry, winnicy nieopodal Kazimierza Dolnego, od razu postanowiłem poświęcić się uprawie winorośli. Przepiękne krajobrazy, biała skała wapienna i kolory późnego lata przekonywały mnie o trafności pośpiesznie podjętej decyzji.


Zdziwiłem się, że inne zdanie miał właściciel winnicy, profesor Wojciech Włodarczyk.
– Ciężka praca, duże koszty, nie chciałby pan zostać winiarzem – skutecznie studził zapał.
I od razu zabrał się do pracy. Zbliżało się winobranie. Historyk sztuki, profesor Akademii Sztuk Pięknych w Warszawie, były poseł, prezes Stowarzyszenia Winiarzy Małopolskiego Przełomu Wisły tak po prostu zakasał rękawy...

Prace w polu

– Poczekajcie chwilę panowie, muszę nalać trochę benzyny do traktorka i skosić trawę w alejkach, żeby łatwiej było przy zbiorze winogron. Zajmie mi to tylko dziesięć minut. Aha, a później jeszcze pomiar cukru...
Przy tej czynności asystujemy jednak profesorowi. Zatrzymaliśmy się przy krzaku z białymi gronami.
– Siedemnaście... Jeszcze za wcześnie na zbiory. Przejdźmy jeszcze do ronda...
Nie chodziło jednak o skrzyżowanie uliczne z wyspą, lecz popularny w Polsce szczep na wina czerwone. Skrzyżowanie, a jakże, właściwej winorośli i jej mniej szlachetnej odmiany rodem z Mandżurii.
– Dwadzieścia sześć. Będzie można już zbierać – wyrokował gospodarz.

Winorośl, nie chmiel

Zacząłem wybrzydzać. Winnice w Polsce? Przecież ze względu na klimat nie możemy uprawiać szlachetnej winorośli. Sprawdzają się u nas tylko hybrydy, czyli „krzyżówki” szczepów. Wybrankiem arystokratki Vitis vinifera w tym winnym mezaliansie jest zazwyczaj pospolity, aczkolwiek bardziej odporny, rodzaj pnączy.
– Te hybrydy, jak pan je określił, nie są wcale takie złe – sprzeciwił się profesor, niby mimochodem, kontynuując pomiar cukru. – Rodzą owoce na całkiem dobre wina.
Nie dawałem za wygraną. Region słynie z innych upraw. Oko turysty przykuwają rozległe plantacje chmielu. Przestańmy więc z tym winem, postawmy na piwo.
– Wino to nie fanaberie, w Polsce jest tradycja uprawy winorośli. Poza tym żadna inna roślina nie potrafi oddać charakteru tego regionu. Chmiel mógłby być uprawiany gdziekolwiek. A Pańska Góra jest jakby stworzona dla winorośli: gleba, bliskość wody, stok południowo-zachodni, zachodnie wiatry. Wino to głębsza, poważniejsza opowieść o tym miejscu – ripostował profesor i rozpoczął historyczny wykład...

Wino z zamku

Na wzgórzu zamkowym w Janowcu, którego sylwetkę można podziwiać ze szczytu Pańskiej Góry, zachowały się fragmenty starej winnicy tarasowej. Winiarze ze stowarzyszenia wspierają projekt jej rekonstrukcji. Winnicę założył w latach 30. ubiegłego wieku Leon Kozłowski, ziemianin, który tajniki uprawy winorośli poznał we Francji i Argentynie. Przed wojną serce polskiego winiarstwa biło jednak gdzie indziej...
– Największy potencjał miały winnice na Podolu. Nawet Francuzi chcieli kupować tam ziemię pod uprawę winorośli. Wielki boom nastąpił po Wielkim Kryzysie, ale przerwała go wojna. Stamtąd tradycja winiarska przeniosła się do PRL-u, do Zielonej Góry i nad Pilicę. Podejrzewam, że gdyby nie destrukcyjny wpływ gospodarki komunistycznej, winnice nad Pilicą byłyby znakomite – tłumaczył profesor.

Posiłki z Austrii

Jest więc tradycja, którą warto kontynuować. Czasami brakuje, jak podpowiadał nasz rozmówca, umiejętności w doborze właściwych szczepów i podkładek-korzeni, dopasowanych do konkretnych polskich siedlisk. Profesor przekonywał też, że jeśli wybierzemy odpowiednio nasłonecznione miejsce, z powodzeniem uprawiać możemy szlachetną Vinis vinifera i produkować w Polsce znakomite wina. Gospodarz oczekiwał właśnie specjalistów z Austrii, którzy mieli mu doradzić, na jakie szczepy i podkładki najlepiej zdecydować się w przyszłości.
– Istniejące nasadzenia to przymiarka, takie winiarskie przedszkole. Jestem gotów je wykarczować i posadzić nowe. Chciałbym mieć dwa, najwyżej trzy odmiany białego i jedną czerwonego. Myślę o chardonnay, rieslingu i pinot gris, które już się sprawdziły w mojej winnicy. Uzgodnimy z Austriakami, jakie wina chcę robić i przedyskutujemy, które odmiany wybrać. Liczę na ich pomoc. W Polsce trudno o specjalistów od podkładek do mojej trudnej wapiennej skały – opowiadał o swoich planach.

Poddać się naturze

Swoją działalność zaś porównywał skromnie do zwykłej pracy na roli. Mówił o pracowitości i cierpliwości, nieodzownych towarzyszkach winiarza.
– Natura jest nieprzewidywalna, czasami trzeba po prostu się jej poddać. W zeszłym roku intensywny grad zniszczył mi praktycznie wszystkie plony. Wina było bardzo mało. I cóż z tego? Grady się zdarzają, także mróz, choroby roślin. Trzeba to przeżyć i zacząć od nowa – wyjaśniał, zapraszając do domu.
Okazało się wkrótce, że nie on pierwszy w rodzinie poświęcił się winnej latorośli.

Rodzinne przeznaczenie

Przed Wojciechem Włodarczykiem był Christian Leis, winiarz z Palatynatu.
– Moje hobby to genealogia. Myszkując kiedyś po archiwach, natrafiłem na zapis o nim: przodek w prostej linii, luteranin został sprowadzony przez Zamoyskich jako winiarz do Szczebrzeszyna. To niezbyt daleko od Pańskiej Góry. Niewiele więcej wiadomo oprócz tego, że pod koniec XVIII w. zajmował się winiarstwem – rozprawiał ze swadą gospodarz. Wspominał także o przekazanych przez matkę – dziadkowie profesora zarządzali przed wojną wielkimi majątkami – ziemiańskich historiach. O tym jak ważna, a jednocześnie ciekawa, może być tradycja i jak silny był w środowisku ziemiańskim etos społecznej służby.
– Opowieści matki zaszczepiły we mnie chęć powrotu na wieś. Chciałem mieć wiejską siedzibę, ale nie taką kolonizatorską, wielką, wykorzystywaną od święta rezydencję. Chciałem też swoją obecność na wsi poświadczyć praktycznym działaniem. Wybrałem uprawę winorośli. Coś trzeba przecież oddać miejscu i mieszkającym w nim ludziom.

Charakter miejsca

Profesor przekonywał, że ziemiańskie dziedzictwo zobowiązuje do podjęcia społecznikowskiego wysiłku. Chodzi o budowanie lokalnej podmiotowości:
– Uprawa winorośli doskonale się do tego nadaje. Ja bym chciał, aby polski rolnik miał również dostęp do wina, aby obcował z kulturą wyższą, bardziej wyrafinowaną. Moja pasja to regionalizm. Na uczelni kieruję katedrą kultury miejsca. Próbujemy odkrywać potencjał lokalności w Polsce i nie sprowadzać go jedynie do zabytkowej architektury czy cepeliowskiego folkloru. Dotyczy to przede wszystkim wymiaru społecznego, gospodarczego, kulturalnego.
Powróciliśmy znów do motywu przewodniego dyskusji: wino określa charakter miejsca, uprawianie winorośli to służba na rzecz lokalnej społeczności. Przy okazji gospodarz stanowczo polecił odwiedzić inne miejscowości w okolicy, nie tylko reklamowany Kazimierz, ale także Janowiec, Solec, Józefów.
– Mają one w sobie coś niesamowicie autentycznego. Tak jak wino – zachęcał.

O piciu wina

W końcu przeszliśmy do najbardziej smakowitej części rozmowy. Zeszło bowiem na wina degustowanie.
– Jest coś w tym, że trzeba pić dobre wino, żeby robić dobre wino – rozpoczął profesor.
Czy wino jest sztuką?
– Mam generalnie dystans do niej – niespodziewanie odpowiedział i uśmiechnął się. – I rezerwę wobec degustacyjnego, kontemplacyjnego aspektu picia wina: smakowania i wypluwania. Wino pijemy do posiłków, a jego skutki poznajemy po przełknięciu. Rodzaj odurzenia alkoholowego jest przecież w nie wpisany. Nie można wina sprowadzać jedynie do bukietu i smaku.
A smak win z Pańskiej Góry jest wyjątkowy. Mają one bardzo mineralny, wytrawny charakter, ocierają się o nutkę „słoności”.
– Lubię takie wina. Nietrudno uprawiać w Polsce winorośl na glebie wysokiej klasy. Ale wino wymaga gleby słabej, koniecznie wapiennej, ja chciałem właśnie mieć skrawek tej akurat skały. Ona daje wino... inne.
Zachęcałem profesora, aby zdradził nam swoje uczucia wobec wina. Myślałem, że opowie o wielkiej miłości...
– Na pewno są to uczucia inne niż w stosunku do ziemniaka – wyłożył wesoło. – W winie tkwi gen kultury europejskiej, a winiarz ma satysfakcję, podejmując wysiłek tworzenia napoju, bez którego nie ma judaizmu i chrześcijaństwa, teatru i władzy. Wszystko się w tym winie mieści...

„Wieża” Bieleckiego

Wrześniowe słońce zaglądało przez okno, wiernie towarzysząc nam przy rozmowie. Coraz natarczywiej zachęcało do wznowienia spaceru po posesji.
– Zapraszam na śliwki, są świetne – profesor skierował nas na zewnątrz, do sąsiadującego z winnicą sadu.
Po drodze zwróciliśmy wreszcie uwagę na architekturę domu, zaprojektowanego przez Czesława Bieleckiego. Gospodarz podjął kolejną opowieść:
– Razem ze Sławkiem działaliśmy w podziemiu. Od połowy lat 70. współpracowaliśmy bardzo ściśle. On, wschodząca wtedy gwiazda architektury, zawsze się odgrażał, że potrafi zaprojektować każdy dom za jakąkolwiek sumę. Kupiliśmy część obecnej działki w 1986 r., akurat gdy Sławek wyszedł z więzienia za próbę obalenia ustroju. Przypomniałem mu: potrafisz zaprojektować wszystko, a ja mam określony budżet i chcę mieć dom.
Architekt musiał pójść na kompromis z konserwatorem zabytków, który upierał się, żeby budynek nawiązywał do stylu „kazimierskiego”. Powstała więc bryła o nakładających się dachach, kształtach, pierwsza „wieża” Bieleckiego, która później powracać będzie w jego wielu pracach. Profesor, historyk sztuki przecież, podkreśla, że projekt przypadł mu do gustu...

Ku przyszłości

Ponownie podjęliśmy dyskusję o winie. Profesor wspominał pierwsze kroki na swej winiarskiej drodze:
– Myślałem, że rozwinę winnicę na dobre w ciągu pięciu lat. Teraz wiem, że potrzeba może i lat dwudziestu. Mam nadzieję, że moja córka będzie kontynuować rozpoczętą przeze mnie pracę i to ona dopiero będzie robić wielkie wina.
Pytamy o własne marzenia, a gospodarz, po zastanowieniu, odpowiada skromnie:
– Chciałbym mieć dwa hektary z dobrze dobranymi sadzonkami na właściwym korzeniu. Dawałyby one parę tysięcy butelek wina, przede wszystkim białego.

Ciąg dalszy musi nastąpić

Czy śni o sławie? Czy zależy mu, aby koneserzy i krytycy na całym świecie zachwycali się produktami z jego winnicy? „Rocznik 2017. Pańska Góra. Subtelny aromat jabłek i cytryny. Bije na głowę najlepsze wina reńskie” – grzmią recenzje w specjalistycznych pismach.
– Moje wina już były oceniane, na przykład przez Marka Bieńczyka i Wojciecha Bońkowskiego, i to wysoko. To pomaga i motywuje. W ogóle jest sympatyczne, ale mnie bardziej interesuje historia miejsca, lokalność. Winem chciałbym dopełnić barwną paletę tego wyjątkowego miejsca – puentuje profesor.
Zapraszając raz jeszcze do sadu śliwowego, pożegnał się z nami: miał przed winobraniem mnóstwo do zrobienia. Delektując się śliwkami, marzyliśmy, by jak najszybciej tu powrócić. Urodzaj winogron zapowiadał obfitość szlachetnego trunku, a myśl o przyszłej degustacji potęgowała pragnienie. Oby tylko, na kilka dni przed zbiorami, natura oszczędziła profesorowi gradobicia...
Odpowiednie nachylenie zbocza, wapienne podłoże, sprzyjający uprawie winorośli kierunek wiatru oraz bliskość wody – wszystkie te czynniki wpływają na wyjątkowy charakter rodzącego się wina.




Autor: Karol Usakiewicz