STYL ŻYCIA

STRONA GŁÓWNA  /  STYL ŻYCIA  /  CZAS NA RELAKS  /  Przyjemności ascezy str. 1

Przyjemności ascezy

Przyjemności ascezy

Fot. Religia.tv


Ojciec Paweł Gużyński o zaletach ascezy, sztuce, piłce nożnej i nowoczesnych środkach przekazu w życiu chrześcijanina.


Redakcja: Według Wikipedii asceza to dobrowolne, czasem radykalne wyrzekanie się i ograniczanie przyjemności. Wstrzemięźliwość, zazwyczaj z pobudek religijnych. To prawdziwa definicja?

O. Paweł Gużyński: Definicja ta nie jest zbyt precyzyjna, chociaż próbuje uwzględnić najważniejsze elementy tego zagadnienia. Można rozpatrywać ascezę z różnych punktów widzenia. Znana jest asceza filozoficzna – filozofowie doskonale zdawali sobie sprawę, że istotnej refleksji przeszkadza folgowanie cielesności i zmysłom, bo to odciąga od głębokich przemyśleń. Warto też wrócić do źródłosłowu. Wyraz asceza pochodzi od greckiego słowa askesis oznaczającego trening, ćwiczenie. To jest główna intuicja, którą powinniśmy się kierować.
 

A więc koniec z przyjemnościami, poświęcamy się ćwiczeniom ducha...

Człowiek współczesny słysząc, że zabrania się mu przyjemności, od razu się jeży. Pyta: "a co mi zostanie z życia?". Takie przeciwstawianie nie najlepiej oddaje sens ascezy. Ma ona bowiem służyć właśnie doświadczeniu najgłębszych przyjemności. A o jakie przyjemności chodzi? O pełnię życia, pełnię człowieczeństwa, która zawsze domaga się treningu, wysiłku i odmawiania sobie rzeczy drugorzędnych. Należy więc wybrać to, co najważniejsze. To, co daje ludziom pełnię szczęścia, a nie jego zmysłowy surogat. Człowiek współczesny cierpi z powodu wewnętrznego rozbicia, które jest pochodną stylu życia pełnego hałasu oraz silnych bodźców zmysłowych. Dzięki ascezie zmierzamy ku jedności wewnętrznej i jedności poznania. Filozofowie nazywali ten proces drogą ku zjednoczeniu z jednią, będącą źródłem i podstawą tego, co istnieje. Dla chrześcijanina będzie to zjednoczenie z jedynym Bogiem, jedynym dawcą szczęścia.
 

Asceza kojarzona jest z medytacją i religiami Wschodu. Czy Kościół katolicki ma w tej dziedzinie coś do zaproponowania?

Chrześcijaństwo posiada własną, potężną tradycję medytacji. Stworzyli ją mnisi w III i IV w., dając początek szkole hezychastycznej. Druga medytacyjna fala związana jest ze św. Ignacym Loyolą i jego „Ćwiczeniami duchownymi”. Chrześcijaństwo zna więc i praktykuje medytację. Żyjemy jednak w czasach, w których kojarzy się ona wyłącznie z Dalekim Wschodem. Fascynujemy się obcymi wątkami, a własnych nie znamy. Jeśli tylko ktoś będzie chciał poznać własną tradycję, to odkryje taką głębię, że – jak to się popularnie mówi – szczęka opadnie. Wystarczy tylko nie mieć do chrześcijaństwa takiego stosunku, jaki dziś jest modny, że to jest jeden wielki „paździerz” – dewocja i nic więcej.

 


 

Zajmuje się Ojciec teologią liturgii. W jaki sposób zainteresować wiernych Mszą świętą?

„Zainteresować” to złe określenie. Księża często uciekają się do trików marketingowych, żeby ludzi „zainteresować”. Dzieje się wtedy coś, co zabija liturgię – jej nieodzowne sacrum. Próba oddziaływania na emocje, uatrakcyjnianie, może na początku poruszyć wiernych. Kończy się jednak zawsze tą samą klęską desakralizacji. Jeśli mamy wprowadzić ludzi w liturgię, to potrzeba nam mistagogii, czyli wtajemniczenia w głębię życia duchowego. Jeśli zostaniemy wtajemniczeni i trwamy w tym oświeceniu, wówczas nie będziemy mieli problemów z uczestnictwem, nawet kiedy liturgia jest sprawowana fatalnie. Młodzież z jednego z naszych duszpasterstw nazywała pewien styl złego sprawowania liturgii „mszą na F-16”: kapłan trzyma ręce rozłożone niczym skrzydła myśliwca i „celebruje” tak szybko, że jest niewykrywalny dla otoczenia.
 

Uważany jest Ojciec za „niepokornego ducha”. Czy są jakieś granice w pytaniach, które chrześcijanin może stawiać odnośnie spraw wiary, filozofii życia, etyki?

Chrześcijanin powinien zadawać sobie wszystkie pytania, które mu przychodzą do głowy. Problem nie polega na pytaniu, ale na rzetelności wysiłku intelektualnego i duchowego, jaki temu towarzyszy. Chrześcijaństwo pozbawione refleksji, medytacji staje się ciężką ideologią, sprowadzającą się do wypowiadania hermetycznych sloganów. Mają one bronić człowieka przed wątpliwościami i rozdarciem wewnętrznym. Uciekamy więc od pytań, tracąc życie intelektualne i duchowe. W ten sposób uśmiercamy chrześcijaństwo. Opinia „niepokornego ducha” być może pochodzi stąd, że mówię otwarcie o powszechnie znanych faktach, o których inni boją się wspomnieć. I wychodzę na „czarną owcę”... To mechanizm opisany przez socjologów: w domu jest alkoholik, ale cicho sza, bo tata jest chory. Nikt nie stara się rozwiązać problemu, tylko go ze wstydu i bezradności ukrywa. Czasami więc jestem traktowany jak zdrajca, który wyjawił rodzinny sekret.

 


 

Życie zakonne, w powszechnym rozumieniu, to sztuka „odmawiania sobie”. Monastycyzm sprzeciwia się dekoracji, nie zwraca uwagi na zmysłowe postrzeganie piękna.

Monastycyzm stworzył jedne z najpiękniejszych dzieł sztuki, przecież to mnisi powielali ozdabiane z pietyzmem manuskrypty. Główny, zdrowy nurt monastycyzmu sięgał zawsze do najgłębszych pokładów inspiracji, aby opowiedzieć jak piękny jest Bóg. Niestety, współcześni chrześcijanie utracili kontakt z tymi źródłami. Stawiają wielkie pomniki, na które patrzeć nie można. Wszędzie tam, gdzie my chrześcijanie tracimy kontakt z najgłębszym źródłem inspiracji duchowej, więc również estetycznej, stajemy się wstydliwie przaśni. Nikt też nie ma odwagi sprzeciwić się skutecznie ludowemu podejściu, które kultywuje z zachwytem np. fluorescencyjny krzyż oraz świecące breloczki ze św. Krzysztofem.
 

Czy Ojciec interesuje się którąś z dziedzin sztuki?

Ukończyłem technikum budowy dróg i mostów i powiedziałbym, że cząstką duszy pozostałem budowlańcem. Architektura sakralna jest mi bliska. Nawet tu i ówdzie prowadzę wykłady z konstrukcji przestrzeni świętej, czyli zasad budowania obiektów sakralnych. Świątynie bizantyjskie, romańskie i gotyckie inspirują mnie szczególnie. Jeśli chodzi o malarstwo, to szczególnie istotne są dla mnie ikony oraz malarstwo niderlandzkie. Motyw mistycznego Baranka z Ołtarza Gandawskiego Huberta i Jana van Eycków nieprzypadkowo znalazł się na moim obrazku prymicyjnym.
 

Jako zawodnikowi toruńskiego klubu piłkarskiego Elana, nie proponowano Ojcu wielkich pieniędzy za transfer do klubu z wyższej ligi?

Moje szczęście polegało na tym, że grałem w czasach, kiedy w Polsce jeszcze dużej kasy w piłce nie było...
 

 

Na jakiej pozycji Ojciec grał?

Grywałem albo w środku pomocy, albo na pozycji ostatniego stopera. Bardzo lubiłem potyczki z Lechem Poznań. Były bardzo inspirujące. W porównaniu z boiskami w Toruniu, stadion Lecha, wtedy jeszcze na Dębcu, robił ogromne wrażenie. Można było na dobrej płycie zagrać i z dobrą drużyną. Teraz to się nazywa: superwypas.
 

Czy dziś także grywa Ojciec w piłkę? Ogląda mecze w telewizji?

Staram się tego pilnować, dla zdrowia fizycznego i psychicznego. Lubię futbol. Piłka pozostała jedną z nielicznych rzeczy, które oglądam w telewizji... Ukochany klub to Juventus Turyn. Kiedy byłem młody, Boniek zaczął grać w tym klubie, a ja jemu kibicować. To przełożyło się także na reprezentację narodową Italii, czym drażnię ojców w klasztorze. Bo kibicuję Włochom nawet wtedy, gdy grają z Polakami.
 

Jest Ojciec redaktorem w religia.tv. Czy telewizja sprawdza się jako nośnik treści ewangelizacyjnych?

Nowoczesne środki przekazu nie są w stanie zastąpić tego, co jest rdzeniem głoszenia Ewangelii. Wszędzie tam, gdzie rdzeń ten jest zachowany, to i media się sprawdzają. Wystrzegam się „gwiazdorzenia”. Postawy bardzo specyficznej dla mediów, które skonstruowane są wokół sensacji, kontrowersji i blichtru. Przygotowując się do programów, muszę pozostać sobą. Żadnego udawania i podporządkowania wypowiedzi poprawności politycznej, wewnątrzkościelnej czy zewnętrznej! Z tego powodu jestem czasami niezbyt kurtuazyjny, ale ja nie muszę bawić się w dyplomację. Mam powiedzieć to, co wypływa z Ewangelii. Nie mogę kupować czy bajerować ludzi – muszę im mówić, jak jest. Jeśli trzymam się w takich ryzach, to telewizja się sprawdza w ewangelizacji. Ale zupełnie czymś innym jest głoszenie Słowa Bożego do ludzi, których mam przed sobą. Bezpośredni kontakt z człowiekiem jest w duszpasterstwie niezastąpiony.
 

Ojciec Paweł Gużyński: Dominikanin, subprzeor klasztoru w Łodzi, rekolekcjonista. Po otrzymaniu święceń kapłańskich w 1999 r., pracował w Poznaniu jako wychowawca, katecheta i duszpasterz młodzieży. Następnie w klasztorze w Rzeszowie prowadził duszpasterstwo akademickie. Od 2008 r. współpracuje z kanałem telewizyjnym religia.tv, w którym prowadzi program Rozmównica. Zajmuje się teologią liturgii, tradycją medytacji chrześcijańskiej i filozofią.




Autor: Rozmawiał Karol Usakiewicz