STYL ŻYCIA

STRONA GŁÓWNA  /  STYL ŻYCIA  /  CZAS NA RELAKS  /  Uciekam ze świata konsumpcji str. 1

Uciekam ze świata konsumpcji

Uciekam ze świata konsumpcji

fot. archiwum Jacka Pałkiewicza


Pęd do ekstremalnych przeżyć działa jak narkotyk. Dawka musi być coraz większa. Skoro wczoraj przeskoczyło się dwa metry, to jutro chce się przeskoczyć trzy.


Jacek Pałkiewicz, dziennikarz, członek rzeczywisty Królewskiego Towarzystwa Geograficznego w Londynie, twórca survivalu w Europie, jeden z najbardziej aktywnych podróżników-eksploratorów. Zanim został dziennikarzem, pracował w kopalni złota, poszukiwał diamentów w Sierra Leone, pływał jako kapitan na wielkich jachtach. Uczy członków elitarnych jednostek specjalnych strategii przetrwania w odmiennych strefach klimatycznych. Kierował wieloma ambitnymi wyprawami międzynarodowymi, pod wszystkimi szerokościami geograficznymi świata, w poszukiwaniu osobliwości ginących cywilizacji, niezwykłych zjawisk i ludzi.

Redakcja: Czym jest dla Pana dom?

Jacek Pałkiewicz: Ostoją, która daje gwarancję bezpieczeństwa. Niestety, jestem człowiekiem, którego po dwóch tygodniach siedzenia w domu zaczyna ciągnąć w świat.

Stale Pan podróżuje, znosi niewygody, ociera się o śmierć. Co powoduje, że ma Pan w sobie tak silną potrzebę przeżywania mocnych wrażeń?

Można się z tym urodzić, albo zapaść na taką chorobę po obejrzeniu filmu czy przeczytaniu książki. Już jako dziecko miałem niespokojną duszę. Pęd do ekstremalnych przeżyć działa jak narkotyk. Dawka musi być coraz większa. Skoro wczoraj przeskoczyło się dwa metry, to jutro chce się przeskoczyć trzy.

Co w Pana przypadku było impulsem do działania?

Pochodzę z Ełku, małego prowincjonalnego miasteczka, w którym można było zajmować się sportem, pić wino albo czytać książki. Wybrałem czytanie. Zacząłem od Londona i Maya, a kiedy skończyłem 12 lat, wpadł mi w ręce tygodnik „Dookoła Świata”, który w tamtej szarej rzeczywistości pokazywał świat daleki i kolorowy. Postanowiłem wtedy, że zostanę podróżnikiem. Jako nastolatek zrobiłem patent żeglarski i zacząłem pływać po Mazurach. Po kilku rejsach jeziora zrobiły się za małe, więc przerzuciłem się na Bałtyk. Niestety, morze też okazało się za ciasne. Zapragnąłem zostać marynarzem, jednak, ze względu na niewielką wadę wzroku, nie przyjęto mnie do szkoły. Zostałem więc dziennikarzem. Pojeździłem trochę po krajach tzw. demokracji ludowej, a gdy dostałem paszport, wyjechałem do Włoch, gdzie zapuściłem korzenie. Cały świat był do mojej dyspozycji. Kiedy zlokalizowaliśmy źródła Amazonki, niektórzy pytali: co Ty będziesz dalej odkrywać? A ja wciąż mam apetyt na coś ciekawszego, większego...

Wokół Amazonki narosło wiele kontrowersji. To odkrył Pan jej źródło, czy nie?

Na rynku wydawniczym ukazała się właśnie publikacja „Amazonka. Rozwiązana zagadka źródła Amazonki”, przedstawiająca dowody na uzasadnienie tego geograficznego faktu. Wprowadza ona w szczegóły tematu, który rzeczywiście wywołał swego czasu ożywione polemiki oraz był przedmiotem sporów o charakterze akademickim.

Jak się czuje przedstawiciel zachodniej cywilizacji, kiedy odkrywa prymitywne plemiona?

Mam mieszane uczucia. Z jednej strony widzę ludzi, którzy żyją szczęśliwie w swoim świecie i którym z pewnością dużo mniej potrzeba, aby czuć się spełnionymi. Do tego potrafią żyć harmonijnie w środowisku, nie niszcząc go dla swoich potrzeb. Z drugiej strony, to szczęście jest pozorne, bo jeśli nie jutro, to pojutrze nasza cywilizacja ich dopadnie. Niestety, kultury prymitywne są skazane na wymarcie. Już teraz większość tzw. dzikich plemion żyje jedną nogą w swojej, a drugą w naszej cywilizacji. Co gorsze, w obu czują się obco i niepewnie. Zanika język ich ojców, obyczaje, obrzędy.

Wśród swoich osiągnięć ma Pan także samotny rejs po Atlantyku, w pięciometrowej łodzi ratunkowej, bez radia i sekstantu...

Po latach trudno przywołać tamte emocje, dzisiaj rozmawiamy w komfortowych warunkach i wspomnienia blakną. Najgorsze były chwile, gdy na oceanie był sztorm i trwała walka o życie.

Miał Pan chwile zwątpienia?

Niejednokrotnie, ale musiałem też zachować czujność. Wycisnąć z siebie wszystko, żeby tylko się nie poddać. Gdybym wtedy złożył broń, to byłby koniec mojej żeglugi. Kiedy sztorm minął, postanowiłem, że wsiadam na pierwszy statek, jaki pojawi się na horyzoncie. Po kilku dniach rzeczywiście doszło do takiego spotkania i wtedy się zawahałem: wrócić do domu, czy płynąć dalej? Nie wsiadłem. Uważam, że to był mój największy sukces. Takie doświadczenia sprawiają, że człowiek lepiej sobie radzi z problemami życia codziennego.

Czym się Pan zajmuje, kiedy po wielu miesiącach wyczerpujących podróży wraca do domu?

To ogromnie przyjemne móc wreszcie przebywać z rodziną. Odpoczywam, nabieram sił, a potem wychodzę na ulicę i... wpadam w świat zupełnie dla mnie niezrozumiały. Świat, którym rządzi konsumpcja i brak poszanowania dla przyrody. Po dwóch tygodniach znowu chcę wyjechać tam, gdzie żyją jeszcze zdrowi ludzie.

Hiszpania, Istambuł, Warszawa, Buenos Aires, Indochiny – podobno na wakacje wyjeżdża Pan z żoną stale w te same miejsca?

Wyjeżdżamy na maksymalnie siedem dni. Przez pierwsze trzy dni czuję się dobrze, ale w czwartym zaczynam się trochę niecierpliwić...

Myśli Pan, że kiedyś jakiś producent z Hollywood zechce nakręcić o Pana życiu film przygodowo-sensacyjny?

Nie chcę na ten temat za wiele mówić, ale...

Dziękuję za rozmowę.




Autor: Wojciech Buszko