STYL ŻYCIA

STRONA GŁÓWNA  /  STYL ŻYCIA  /  CZAS NA RELAKS  /  W zgodzie ze sobą str. 1

W zgodzie ze sobą

W zgodzie ze sobą

Fot. Monika Filipiuk-Obałek


Magia Jagodnego to coś więcej, niż zapach ukwieconych łąk, świergot ptaków, szczęśliwe pasące się konie, stadko psów i beztroskie dzieci. To życie w zgodzie ze sobą i spełnione marzenia.


Życie „z koni” jest bardzo trudne. To nie tylko ciągła praca, ale też poświęcenie bez reszty swego całego czasu. Podporządkowanie obowiązkom, od których nie ma urlopu. Irek i Natalia Kozłowscy śmieją się, że mają w zamian permanentne wakacje w siodle.

Irek

Nie pamięta pierwszego spotkania z końmi, tak jak nie pamięta się pierwszego kontaktu z rodzicami. Należy do kategorii ludzi, u których konkretne zamiłowanie jest niemal wrodzone. Jest tym czymś, co powstaje i dociera do świadomości już na etapie wczesnego dzieciństwa.

Pierwszego kontaktu z prawdziwym jeździectwem zaznał już w podstawówce, dzięki znanemu malarzowi i hodowcy Maciejowi Falkiewiczowi, pasjonatowi koni arabskich. W tamych czasach Falkiewicz wydzierżawił kilka wierzchowców ze stadniny w Janowie Podlaskim, aby móc prowadzić w Białej Podlaskiej klub jeździecki. Tam Irek po raz pierwszy zetknął się z otoczką jeździeckiego świata... Jeszcze nieznanego, ale już czarownego – wiszące siodła, zapach skór, czerwone rajtroki... Ten świat wchłonął go bez reszty. Pierwsze starty w zawodach zaliczył w liceum, zootechnika w Lublinie była wyborem niepodlegającym dyskusji. W czasie studiów, podczas stażu w Państwowym Stadzie Ogierów w Białce, pierwszy raz zetknął się ze sportowym powożeniem. Inspiracji dostarczył mu zawodnik Marek Pawelec. Studia nie zaspokoiły jego ambicji, jednak życia bez koni i jeździectwa już sobie nie wyobrażał. W 1994 r. otrzymał propozycję pracy w najstarszej w Polsce Państwowej Stadninie Koni w Janowie Podlaskim. Skusiła go nie tylko magia miejsca, ale też możliwość dużej swobody działania. Zwłaszcza że pojawiła się możliwość stworzenia zaprzęgu i treningu na własną rękę. Ścieżki u sponsorów przecierał sam. Z jednej strony spełniały się jego marzenia, z drugiej była to nauka na własnych błędach. Bez trenera, z samodzielnie szkolonymi końmi i luzakiem zwerbowanym wśród pracowników stadniny, był w świecie zawodowców ewenementem. Jak sam mówi, trzeba było zapłacić frycowe – i pierwszych zawodów nawet nie ukończył.

— Poprzeczka była wysoka, od razu wpadało się na głęboką wodę. Drugie zawody w życiu były już Mistrzostwami Polski!

W 1997 r. po czterech latach pracy w Janowie Podlaskim wiedział, że musi rozstać się ze stadniną. I nie tyle chodziło o miejsce, co tryb pracy etatowej. Tryb, który zupełnie nie odpowiadał jego naturze. Już wtedy posiadał własne konie, trenował je i sprzedawał, aby móc coś dołożyć do niewygórowanej państwowej pensji.

Natalia

Urodziła się i wychowała w Warszawie, ale jako mała dziewczynka wakacje najchętniej spędzała u dziadków na Suwalszczyźnie. Tam miała kontakt z przyrodą i wiejskim życiem, co niewątpliwie ją zahartowało i wpłynęło na niektóre późniejsze wybory. Ona również należy do tych, którzy „urodzili się z końmi w głowie”. Tym bardziej że nikt z rodziny nie przejawiał podobnych zainteresowań, a w jej bliskim otoczeniu temat koński po prostu nie istniał. Życie w stolicy dawało wiele możliwości, jednym z nich był szeroki dostęp do klubów jeździeckich. Marzenie o związaniu swego życia z końmi wykiełkowało w jej głowie dość wcześnie i z każdym rokiem zapuszczało coraz głębsze korzenie. Nie istniał jednak kierunek studiów, który spełniałby jej oczekiwania. Celowo wybrała więc coś, co miało nie sprawiać jej kłopotów i pozostawiać czas na rozwijanie pasji jeździeckich. Interesowało ją poznawanie innych kultur i świata, a z uwagi na wrodzony językowy talent wybrała... sinologię. Doskonaląc warsztat instruktora jazdy konnej, trzymała też poziom na studiach. Skończyła je z powodzeniem, równocześnie startując w zawodach i trenując konie i ludzi. Chęć odkrywania wciąż nowych dziedzin i nauki nowych umiejętności sprawiły, że pewnego dnia trafiła do Jagodnego. Był rok 2002. Irek do tej pory na pytanie o papiery, jakie można uzyskać na organizowanych przez niego kursach, odpowiada: jedyny dokument otrzymała Natalia i był to akt małżeństwa. Pobrali się w 2004 r., w tym też roku urodziło się ich pierwsze dziecko – Helenka.

Jagodne

Ludzie, którzy tu przyjeżdżają, dzielą się na dwie kategorie. Tych, którzy mówią: Boże, jak tu pięknie! I takich, którzy stwierdzają: Boże, ile tu jest roboty!

Irek po raz pierwszy trafił do Jagodnego przypadkiem, kiedy podczas pracy w Janowie przyjechał po siodło. Okazało się, że nie tylko ono było do kupienia. Spadkobiercy zmarłej właścicielki pozbywali się sprzętu, a cały przedwojenny majątek był wystawiony na sprzedaż. Konie trzymano w nim od zawsze, więc warunki były idealne do jego planów związanych z hodowlą i treningiem koni.

— To był moment totalnego zauroczenia. Miłość od pierwszego wejrzenia i od razu spełnienie marzeń. Nigdy nie zapomnę wrażenia, jakie zrobił na mnie ten stary dom, kiedy stanąłem w otwartych drzwiach z widokiem na oświetlony salon. Zabytkowe meble i otoczenie – zielone pastwiska, stare drzewa i cały ten klimat. To miejsce urzekło mnie bez reszty — wspomina Irek.

Chciałoby się rzec dar od losu. Podany na tacy i to akurat w momencie, kiedy Irek był zdecydowany odejść ze stadniny i poszukiwał czegoś pod własną działalność. Po pierwszym zachwycie był jednak zimny prysznic. Okazało się, że majątek nie ma skrawka ogrodzenia, a zewsząd zaczęły „wyłazić” dziury. Rozpoczął się okres intensywnej pracy, remontu wymagało praktycznie wszystko. W jego trakcie zaczął też sprowadzać pierwsze konie. Zajmował się dosłownie wszystkim: remontem, zajmował się inseminacją, wyźrebieniami, świadczył usługi transportowe, prowadził hodowlę i startował w zawodach, osiągając pierwsze sukcesy.

Psy

Dopóki Irek nie zaczął mieszkać na wsi, były mu praktycznie obojętne. Przy zakupie majątku „w spadku” dostał dwa piękne owczarki podhalańskie. One sprawiły, że po raz pierwszy zaczął zwracać uwagę na psy. Uznał, że bywają nie tylko miłe, ale i pożyteczne, szczególnie w dużym gospodarstwie. Podczas jednego z wyjazdów na zawody za granicę znajomy zabrał ze sobą pieska, z którym się nie rozstawał. Irek podejrzliwie przyglądał się małej podróbce psa – tak mu się wtedy jawił Jack Russell terrier – szczególnie w odniesieniu do potężnych owczarków. Po kilku dniach okazało się, że jest to stworzenie bardzo wytrzymałe na trudy podróży, niekłopotliwe, dzielne i posłuszne. Mały łaciaty piesek na tyle go do siebie przekonał, że po powrocie do domu Irek kupił suczkę. Na cześć znanego brytyjskiego zespołu nazwał ją Blondi. Obecnie po majątku biegają trzy suczki i jeden pies – dobrane starannie pod względem zrównoważonego charakteru. Cechy te dziedziczy potomstwo, rozchwytywane przez znajomych. Dwa szczeniaki powędrowały do Katarzyny Dowbor i Czesława Langa, którzy związani z końmi spotykają się na jeździeckich imprezach i są w Jagodnem częstymi gośćmi.

Pasja i praca

Jest istotną częścią życia obojga. Dzięki różnym dyscyplinom, które uprawiają, pozwala im zachować pole własnej aktywności, bez niezdrowej konkurencji i wchodzenia sobie w drogę. Może magia Jagodnego to coś więcej, niż zapach ukwieconych łąk, świergot ptaków, szczęśliwe pasące się konie, stadko kolorowych psów i beztroskie dzieci? Właśnie tu zaczęli odnosić pierwsze zawodowe sukcesy. Ucząc się na własnych błędach, zaczynając praktycznie od zera, osiągnęli wysokie sportowe miejsca. Irek w 2003 r. zdobył tytuł drużynowego Wicemistrza Świata w Powożeniu Zaprzęgami Parokonnymi w Jardy we Francji, a Natalia w roku 2012 zajęła II miejsce w Halowym Pucharze Polski w ujeżdżaniu. I oboje nie powiedzieli jeszcze ostatniego słowa... W stajniach czeka stawka młodych koni własnej hodowli – nadzieja w obydwu dyscyplinach. Na szczęście mają ich na tyle dużo, że nie będą musieli się kłócić, który powędruje do zaprzęgu, a który pod Natalię na ujeżdżeniowe czworoboki.

Powożenie jest nie tylko sportową pasją Irka, ale też zawodem. Obecnie, jeśli chodzi o organizację szkoleń dla młodych adeptów tej sztuki, jest praktycznie monopolistą. Ponadto sędziuje i organizuje zawody, m.in. w marcu tego roku Halowy Puchar Polski w Powożeniu – pierwszą tego typu imprezę w kraju. Ze względu na wysokie koszty, nie jest to w Polsce dziedzina zbyt popularna, jednak przynajmniej raz w miesiącu trafia się kilku zapaleńców, którzy na kilka dni przyjeżdżają do Jagodnego.

— Kto wie, może przy dzisiejszych cenach paliwa zaprzęg stanie się niedługo całkiem ekonomicznym i popularnym środkiem transportu — śmieje się Irek, choć sam póki co do sklepu i z dziećmi do szkoły jeździ autem.

Konie

— Skazują człowieka na zdrowy tryb życia. Wymuszają ruch na świeżym powietrzu oraz pracę nad sobą i własnym charakterem. Uczą cierpliwości i opanowania, odpowiedzialności i poczucia obowiązku — wymienia Irek.

Z pewnością turyści odwiedzający Jagodne, szczególnie ci przyjeżdżający po raz pierwszy, zachwycają się wszystkim, co w codzienności traci nieco swój urok. Jednak Irek nie zamieniłby się nigdy ze znajomymi z Warszawy. Po zabieganym tygodniu i funkcjonowaniu w odrealnionym świecie w weekend wpadają na godzinną jazdę. Z zegarkiem w ręku i telefonem przy uchu pędzą za nieistniejącym celem. W Jagodnem dni są podporządkowane pewnemu schematowi, ale konie dają komfort niepowtarzalności. Codziennie stwarzają nowy układ – nastroju, emocji, chęci współpracy, postępów, bądź ich braków. A gdyby nie konie, to...? Na to pytanie nie mają odpowiedzi. Mogliby się rozstać z Jagodnem, ale nigdy z końmi. Te mają bowiem zawsze przy sobie – we własnej głowie, sercu i marzeniach.




Autor: Monika Filipiuk-Obałek