STYL ŻYCIA

STRONA GŁÓWNA  /  STYL ŻYCIA  /  MÓWIĄ GWIAZDY  /  Kochaj albo rzuć str. 2

Kochaj albo rzuć

Kochaj albo rzuć

Fot. Selva


Philipp Selva jest prezydentem włoskiej firmy meblarskiej, założonej przez jego ojca, Josepha. Selva oferuje swoje kolekcje na całym świecie, w Polsce dysponuje siecią sprzedaży złożoną z ponad 20 salonów. „Nie chcemy tylko produkować mebli, ale tworzyć środowisko, w którym ludzie czują się szczęśliwi” – głosi hasło włoskiej marki.


Pańską pasją są konie krwi arabskiej...


Wychowywałem się z końmi. Odkąd zacząłem chodzić, już potrafiłem jeździć. Ludzie mówią, że mógłbym zostać zaklinaczem koni, takim jak w filmie z Robertem Redfordem. Ostatnio zrobiłem sobie czterodniową, 120-kilometrową wycieczkę, cały czas w siodle. Po takiej wyprawie człowiek jest wyczerpany, ale też oczyszczony. Uwielbiam uczucie zmęczenia wysiłkiem fizycznym. Czasami w domu chwytam za siekierę i do upadłego rąbię szczapy drewna na opał. To takie bycie off-line. Dzisiaj to luksus, bo wszyscy muszą być zawsze on-line.


Czy ma Pan w swojej stadninie ulubionego konia, przyjaciela?


Ostatnio właśnie przeżyłem rozstanie z koniem, z którym spędzałem najwięcej czasu. To było bardzo smutne, bo łączyła nas jakby ludzka, osobista relacja. Teraz moim pupilem jest klacz. Nazywa się Bazima i jest bardzo mądrą, młodą damą. A poza tym bardzo nieposłuszną, więc trzeba mieć do niej wiele cierpliwości. Ale potrafi ją wynagrodzić.


Czy ma Pan inne pasje poza hodowlą koni i, oczywiście, kierowaniem firmą?


Meble to naprawdę moje hobby. Nie zajmuję się firmą dlatego, że muszę. Jeśli nie kochasz swojego zajęcia, nigdy nie osiągniesz w nim perfekcji. „Dobrze jest zawsze nie dość dobrze” – taki mam charakter. Życie również nas uczy, że nie powinniśmy podejmować się 20 rzeczy. Zaangażujmy się w dwie, trzy i wykonujmy je jak najlepiej.


Wydaje się, że zamiłowanie do koni i mebli odziedziczył Pan po ojcu, Josephie...


Był dla mnie mentorem. Umarł 10 lat temu, ale cały czas odczuwamy jego obecność w naszej firmie. Byłem jedynakiem, więc na mnie koncentrowała się cała uwaga rodziców. Moja relacja z ojcem była jednak przyjacielska, oparta na zaufaniu. Kiedy skończyłem 18 lat, ojciec dał mi udziały w firmie. Gdy dostałem pieniądze z pierwszej dywidendy, zapytałem go: „Co mam począć z taką ilością forsy?”. Odpowiedział: „To twoje pieniądze, zrób z nimi, co zechcesz”. Kupiłem więc mieszkanie. Pracując razem z ojcem, miałem problem z menadżerami, którzy nie aprobowali moich pomysłów. Ojciec wspierał mnie: „Philipp, jeśli ci dżentelmeni nie są już szczęśliwi w naszej firmie, będziemy musieli odtąd działać sami”. Kochaj albo rzuć – tego nauczyłem się od niego.


Ale w każdej włoskiej rodzinie najważniejsza jest mama...


...całkowite przeciwieństwo ojca – „samca alfa”, osoba twardo stąpająca po ziemi, ale jednocześnie łagodna. Odziedziczyłem cechy charakteru obojga rodziców. Dorastałem głównie przy matce, bo ojciec wiele podróżował w sprawach biznesowych. Żyłem w złotej klatce. A później, kiedy zacząłem pracę w Selvie, opiekował się mną z kolei ojciec. Z powodu jego choroby musiałem w końcu przejąć kierowanie firmą. Pojawiły się od razu kłopoty ze starym zarządem, który był przeciwko mnie. Łagodna strona mojej osobowości musiała ustąpić wcieleniu samuraja. Czasem trzeba być cierpliwym, ale należy też umieć wyciągnąć miecz i ścinać głowy. Zrezygnowałem z wielu menadżerów. Oczywiście poskarżyli się matce. Odpowiedziała im: „Jeśli mój syn uważa, że tak właśnie należy postąpić, popieram go. Może robić z firmą, co tylko uważa za stosowne”.




Autor: Karol Usakiewicz