STYL ŻYCIA

STRONA GŁÓWNA  /  STYL ŻYCIA  /  MÓWIĄ GWIAZDY  /  Otacza mnie miłość str. 1

Otacza mnie miłość

Rozmowa z Krzysztofem Krawczykiem


Mieszkam na skraju lasu, w domu otoczonym przez kilkadziesiąt brzóz. Czasami, kiedy wracam po koncertach, czuję się oszołomiony tym widokiem - mówi Krzysztof Krawczyk


Redakcja: Rozmawiamy w szczególnym dla Pana momencie. Odszedł Bogusław Mec.
Krzysztof Krawczyk: Był niezwykłym człowiekiem. Jego głos można było porównywać do głosu Nat King Cola, miał taki ciepły, przyjemny piasek. Nie musiał śpiewać. Wystarczyło, że zaczął mówić, a już leczył ludzi. Tym bardziej byliśmy zszokowani odejściem Bogusia, że jeszcze 8 marca zagrał koncert. To bardzo przygnębiające. Wychowaliśmy się razem z Bogusiem w Łodzi...
 

A Poznań, ul. Gwardii Ludowej 19. Pamięta Pan ten adres?

Oczywiście. Bardzo chciałem nosić węgiel z piwnicy, ale ojciec mi nie pozwalał, bo byłem za młody. Pamiętam, że na przeciwko było kino Wilga, a niedaleko kościoła jarmark. Tam miało miejsce moje pierwsze i ostatnie przestępstwo. Kolega mnie podjudził, żeby ukraść rzodkiewki. Ojciec się dowiedział i dostałem solidną burę.
 

Pasem?

Pasem oberwałem innym razem. Ojciec zbił mnie tylko raz, z zawodu aktor zrobił z tego całe przedstawienie. Matka szlochała za drzwiami: Nic mu nie rób, a on przygotował stołek, zasłonił zasłony, wziął w garść gruby wojskowy pas, na którym ostrzył brzytwę...

Co za dramaturgia...

Chciał, żebym to zapamiętał... Rewelacyjny człowiek. Aktor, śpiewak, czytał nam bajki na dobranoc. Pamiętam, że raz ganialiśmy się z bratem wokół dużego stołu i Andrzejek zaczepił się o kabel od lampy. Zabrano go do szpitala, w którym odwiedzaliśmy go całą rodziną. Wzruszenie ojca, szlochy mamy...Te wspomnienia wciąż wywołują uśmiech. Moi rodzice byli cudownymi, kochającymi się ludźmi.

Czy to prawda, że przed kąpielą w basenie wyciąga Pan z wody wszystkie owady?

(śmiech) Boję się komarów i pająków. Kiedy uśmierciłem jakiegoś chrabąszcza, ktoś mi powiedział: Co robisz, przecież on ma system nerwowy! Wywarło to na mnie ogromne wrażenie. Teraz, jak tylko zauważę coś w basenie, to wyciągam i jeszcze się przyglądam, czy nic się stworzeniu nie stało.

Wrażliwy z Pana facet.

Wrażliwy jak każdy artysta. Mieszkam na skraju lasu, w domu otoczonym przez kilkadziesiąt brzóz. Czasami, kiedy wracam po koncertach, czuję się oszołomiony tym widokiem. Zachwycam się bez słów dziełem Pana Boga. Ktoś musi mnie bardzo lubić, tam na górze... Zresztą na ziemi też jestem otoczony dobrymi ludźmi, miłością, rodziną. Mam cudowną żonę, pod koniec kwietnia będziemy obchodzić ćwierćwiecze naszego pożycia. Wcześniej nie było sielsko: pierwszy związek musiałem unieważnić, moja druga żona była Trubadurką. Tak... wciąż miałem kłopoty z poligamią. Ciągle byliśmy kuszeni, w tamtych czasach to było na porządku dziennym. Nie wiem, jak jest dzisiaj...
 

Chyba nic się nie zmieniło...

Od 25 lat jestem z jedną kobietą. Czuję się zażenowany, kiedy sobie przypomnę, że moje poprzednie związki rozpadły się przez to, że byłem zbyt zapatrzony w damskie wdzięki. W końcu Bóg postawił na mojej drodze anioła stróża pod postacią Ewy. Jest nie tylko road-menadżerką...
 

Zauważyłem...
(śmiech) ...ale dba o mnie, próbuje odsuwać ode mnie wszystkie problemy. Wie, że łatwo popadam w smutek. Otrzymałem w darze wspaniały instrument - głos, który pozwolił mi jednak w życiu bardzo wiele osiągnąć. Pamiętam jak po śmierci ojca, miałem wtedy 16 lat, przystanąłem przed restauracją. Te wszystkie zapachy sprawiały, że natychmiast wrąbałbym jakiegoś kotleta, ale nie miałem pieniędzy. Miałem łzy w oczach, ze złości i żalu. To był przełomowy moment. Postanowiłem wtedy, że nigdy nie będę głodny. Nie wiedziałem jeszcze, że stanie się to możliwe dzięki gitarze, na której nauczył mnie grać założyciel Trubadurów Sławomir Kowalewski.

 

Wyszalał się, a teraz mówi o Chrystusie. Czy zdarza się Panu słyszeć takie opinie?
Jest w tym trochę racji. Wiara przyszła w momencie, kiedy spotkałem Ewę. Miałem wówczas trzydzieści kilka lat, a więc wciąż byłem młodym człowiekiem. Później pojawili się przyjaciele, lektury, przemyślenia, a jeszcze później zdarzenia, których nie dało się inaczej wytłumaczyć jak obecnością Boga. Oczywiście, jestem człowiekiem, który musi się ciągle nawracać.
 

Czy z tej grzesznej przeszłości pozostały Panu jeszcze jeszcze jakieś słabości?

Myślę, że każdy z nas jakieś ma.
 

A jakie Pan ma?

To, jeśli się Pan się nie pogniewa, zostawię swojemu spowiednikowi (śmiech).


Nie będę drążył (śmiech)

Doskonale Pan sobie zdaje sprawę, że słabością może być szybka jazda samochodem lub dopisywanie zer na koncie, wybujały erotyzm i ciągłe zdrady niekoniecznie alkohol czy narkotyki. Zresztą z alkoholem nigdy problemu nie miałem, chociaż taka fama poszła.
 

Ale z narkotykami to już Pan miał...

Nie miałem, ale za to miałem problem z lekami. Mój przyjaciel w Ameryce był lekomanem, więc ja też wciąż coś łykałem. Ewa wszystko wyrzuciła do kosza. Stwierdziła, że teraz ona będzie moim lekiem. I tak się stało. W tej chwili zażywam tylko suplementy. Muszę się jakoś trzymać, przecież mam już 65 lat, a jeden koncert może nawet trwać do dwóch godzin.
 

Gratuluję kondycji.

Dziękuję serdecznie, ale są lepsi ode mnie. Mieciu Fogg, występując w Opolu, miał 84 lata. Albo Jurek Połomski, który jest w takim wieku, że nikt nie wie, ile ma lat. Rozmawiam kiedyś z człowiekiem, który organizuje mu koncerty, a on mi mówi: Mam problem z Połomskim. Robię mu koncert godzina czterdzieści, a on jeszcze gra bisy. Muszę mu tłumaczyć, żeby kończył, bo nie zdążymy na następny koncert. To jest gigant. Chyba jednak koncerty są dla mnie najlepszą terapią i lekarstwem.
 

Korzystając z okazji, chciałbym żeby Pan zdementował lub potwierdził. Czy ma Pan sztuczne oko?

(śmiech) Lewe oko mam mniejsze od urodzenia.


Ale nie sztuczne?

Moja przyszła żona oglądała jakiś program z moim udziałem w zepsutym telewizorze. Kiedy mnie zobaczyła, pomyślała, że jestem mały, gruby i mam szklane oko. Kiedy spotkaliśmy się w Chicago, od razu zmieniła zdanie.
 

Osiągnął Pan wszystko, o czym inni artyści tylko marzą. Czy jest jeszcze coś, co chciałby Pan zrobić?

Jak mi coś nie wpada do głowy, to mojemu menadżerowi Andrzejowi Kosmali. Mam szczęście współpracować z nim od prawie 40 lat.
 

To chyba ewenement na skalę światową?

Też tak myślę...Nie wiem, jak ze mną wytrzymał. I ja z nim też! (śmiech). Pisze rewelacyjne teksty, zmobilizował mnie do paru świetnych płyt. Sam Pan widzi, że otaczają mnie sami dobrzy ludzie.
 

Krzysztof Krawczyk - polski „Elvis Presley” piosenkarz obdarzony charakterystycznym głosem. Były wokalista zespołu Trubadurzy. Karierę solową rozpoczął w 1973 r. płytą „Byłaś mi nadzieją” Wylansował wiele znanych przebojów, m.in, „Jak minął dzień”, „Byle było tak”, „Pamiętam ciebie z tamtych lat”. Śpiewał w duecie z Goranem Bregoviĉem, Edytą Bartosiewicz („Trudno tak”). Planuje nagranie płyty z Marylą Rodowicz, Edytą Górnika i Kasią Nosowską.




Autor: Wojciech Buszko