WNĘTRZA

STRONA GŁÓWNA  /  WNĘTRZA  /  POMYSŁ NA WNĘTRZE  /  Zupełnie jak w bajce str. 2

Zupełnie jak w bajce

Zupełnie jak w bajce

Fot. Monika Filipiuk-Obałek


Przez sześć lat Magda i Marek wynajmowali dom na skraju miasta. Uroki takiego życia poznali na tyle dobrze, że nie wyobrażali sobie mieszkania w bloku, choćby nawet w najbardziej luksusowym apartamencie. Gdy zdecydowali się na budowę domu, wiedzieli jedno: Nie będzie on taki jak inne. Miał być spełnieniem marzeń.


Precz z fugami

Jedynym z przejawów uniknięcia standardowych rozwiązań jest brak fug. Magda ich zwyczajnie nie znosi.
– Nawet gdyby płytki były nie wiadomo jak piękne i oryginalne, obecność łącznika psuje w moich oczach cały efekt – wyjaśnia z przekonaniem.
Pierwsze skrzypce zagrała żywica poliuretanowa, której zastosowanie zaproponowała Ula Blank. Oprócz takich zalet, jak „ciepło”, trwałość i łatwość utrzymania w czystości, ma jeszcze jedną – można w nią wklejać różne wzory, kolory, a nawet materiały. Dzięki jej niezwykłemu potencjałowi, w łazienkach zagościły fototapety, a w salonie szkło z zalaminowaną w środku tkaniną.

Artystyczna żywica

Nie obyło się jednak bez przygód z żywicą „w roli głównej”. Ekipy wykończeniowe pracowały pod presją krótkich terminów realizacji i często tego samego dnia, gdy jedna kończyła malowanie, zaraz zjawiała się następna, żeby na przykład zamocować szafki. Zdarzyło się, że w jednej z łazienek, aby dostać się do kranu zamontowanego w cokole, hydraulicy odsunęli wannę. Zbierając się w pośpiechu do domu, zapomnieli przestawić ją na właściwe miejsce. Chwilę później przybyli kolejni specjaliści – od wylewania żywicznej posadzki.
Traf chciał, że ani Magda, ani Marek nie mogli być w czasie ich prac w domu. Na budowę zajechali, kiedy już wszystko było skończone. Jakież było ich zdziwienie, gdy ujrzeli pięknie wylaną taflę żywicy i „zanurzoną” w niej wannę stojącą metr od cokołu z kranem. Ich natychmiastowa reklamacja nie przyniosła spodziewanego efektu. Usłyszeli, że jedynym wyjściem jest wyrwanie wanny z kawałkiem zastygniętej masy i uzupełnienie ubytku nową materią. Ostatecznie wszystko się dobrze skończyło. Feralne miejsce tak zamaskowano wtopioną fototapetą, że trudno się domyślić, że nie jest to zamierzony od początku efekt artystyczny.

My i nasz dom

Magda i Marek nie mają sąsiadów. Bywa jednak, że przechodzący ludzie, na chwilę się zatrzymują i ciekawie zaglądają przez ogrodzenie, zdziwieni widokiem rozległej posiadłości. Mieszkają około 20 kilometrów od dużego, wojewódzkiego miasta i kilka od najbliższej wsi. Za domem rozciąga się las, a z okien sypialni widać pole, na które wychodzą często sarny, dziki, a nawet łosie. Niedawno kupili bryczkę i zimnokrwistą klacz ze źrebakiem. Magda zamierza nauczyć się jeździć konno, a Marek powozić. Oboje uwielbiają swój zwariowany dom zatopiony w naturalnym pejzażu. Ostatnio zaniepokoiła ich wiadomość, że pobliskie działki mają być wystawione na sprzedaż.
– Jeśli nie uda się ich odkupić za rozsądną cenę, aby zablokować wszelkie budowy, będzie musieli stąd uciekać, w poszukiwaniu kolejnego odludzia. Lubimy towarzystwo, kontakty z innymi, ale nasz dom jest tylko dla nas, a za oknem wolimy mieć tylko przyrodę i dzikie zwierzęta – tłumaczy Marek.




Autor: Monika Filipiuk-Obałek